Gocha i Zocha

Tydzień temu byłyśmy już w centralnej Polsce. Tydzień temu byłyśmy już kilka godzin u najsympatyczniejszego duetu dwóch kobiet - Gochy i Zochy. A jak do tego doszło?


Kilka zdań wymienionych na czacie i decyzja - przyjeżdżamy! Odwiedziny opóźniły się ze względu na stłuczoną nogę Karoliny, ale - co się odwlecze... Spędziłyśmy z dziewczynami (a ostatniego dnia również z chłopakami) w sumie cztery dni i - co najlepsze - nie pozabijałyśmy się. Powiem więcej - mam nadzieję, że Gosia czuje tak samo - wydawało mi się, jakbyśmy się znały wieki (a nie znamy się), jakbyśmy były co najmniej kuzynkami bliskimi (a nie jesteśmy). 


To, co zdawało mi się nierealne - tzn. stała obecność czterech bab przez cztery dni bez fochów, nerwów, nawet sekundy zirytowania - urzeczywistniło się. Wyjazd mogę podsumować tymi słowami - normalnie (!), spokojnie (choć był moment grozy, o czym niżej) i relaksująco. 



Miałam też szansę poznać Ewelinę (pozdrawiamy!) oraz jej córkę Lenę. Może to dziwne, ale dopiero gdy podczas rozmowy Ewelina stwierdziła: "Wiem, czytam twojego bloga", dotarło do mnie, że rzeczywiście... ktoś poza znajomymi i rodziną odwiedza nasze miejsce w sieci. I choć tę świadomość mam, było to wydarzenie z serii surrealistycznych :)





Co można robić zimą w stolicy? Bujać się po kawiarniach (ba!), po parkach (ba!!), muzeach (ba!!!). O ile udało nam się dwa pierwsze punkty zrealizować stuprocentowo, o tyle jako muzeum kwalifikujemy Centrum Nauki Kopernik ;) Gosiu, Zachęta czeka na wiosnę!
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Teraz o chwilach grozy... Plan był prosty. W piątek wstajemy, szykujemy dziewczyny oraz siebie i jedziemy odwiedzić muzeum Iwaszkiewicza, aby przy pięknej pogodzie (pierwszy słoneczny dzień podczas naszego pobytu) pozwiedzać i pospacerować w pięknej okolicy. Potem szybko do auta i wracamy na Śląsk. Jak to z planami bywa, nie zrealizowałyśmy go.

Karolina od samego rana miała ponad 39 stopni gorączki. Żadne leki na obniżenie nie działały i cały dzień utrzymywała się taka temperatura. Ponieważ wizja dziecka z wysoką gorączką na tylnym siedzeniu odpadała, poszłyśmy do prywatnego lekarza.

Ucho nie, CRP w normie, gardło nie, płuca nie, układ moczowy nie (były badania)... "Proszę obserwować, czy nie pojawiają się plamy, a jeśli tak, to natychmiast do szpitala". Wychyliłam się z majaczącym dzieckiem na ramieniu zza monitora komputera i pytam: "Sugeruje pani sepsę?". Uhm... Cóż powiedzieć, nie było mi wesoło. Gdy wszystkie wyniki wyszły w porządku, wcale nie było nam lżej na sercu.

Za zgodą lekarki postanowiliśmy wracać na południe, ale czekałam aż Daniel dotrze pociągiem do Warszawy i będziemy mogli wracać w trójkę. Gdy wieczorem w końcu zadziałała enta dawka nurofenu, wpakowaliśmy małą do auta i dotarliśmy w środku nocy do domu. Rano - znowu gorączka, ale... po zbijaniu temperatury, wszystko się unormowało i cały dzień dziecko chodziło sobie jakby nigdy nic. Wiecie, co to było? Dolne kły. AMEN

3 komentarze:

  1. Co prawda do damskiego kwartetu nie pasuję z synem moim najpiękniejszym, ale może na wiosnę weźmiecie pod uwagę sekstet z małym Tymuszką? Na zdjęciach jak dziewucha wygląda! ;)

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny