Karola I Asertywna


Nasze dziecko nie należy do spokojnych aniołków. Ba! Nie należy nawet do aniołków, a już wcale do grupy dzieci z etykietą "spokój w cenie". Nie przeszkadza mi to, żebym nie została posądzona o wyrodność w swym macierzyństwie, ale... Są takie dni, gdy zaskakuje mnie, jak wiele ten bąk mały potrafi wynegocjować (czasami wymusić, ale ciii...).


Gdy słowiki zaczęły swój trel za oknem, promienie słońca delikatnie przebijały się przez zasłony, a budzik wskazywał dziewiątą... Obudziłam się i dotarło do mnie, że to było tylko marzenie senne. Za oknem zamiast słonecznej poświaty wisiała ciężka mgła, zamiast słowiczego śpiewu docierał do mnie ryk syren strażackich, a zegarek w telefonie (no tak, no) wskazywał bezlitośnie szóstą trzydzieści. Przy łóżku, na wysokości mojej głowy stała Karolina, głaszcząc mnie po głowie, uśmiechając się i mówiąc to swoje cudowne: "Mama". No jak tu nie wstać, skoro tak ładnie prosi? 

Postanowiłam jednak, że jeszcze trochę poudaję (wiem, wiem, jestem okropna), że jednak śpię. Na to dziecię nasze jednym wprawnym ruchem swoich mikro-, tyci-, maleńkich dłoni otwiera mi oko, mówiąc z lekką irytacją: "Maaama?". Tłumaczę, że nie, że wcześnie, że może jeszcze pośpi ze mną. Na nic! Już wspina się na łóżko, ściąga ze mnie kołdrę, siada mi na korpusie i wbija we mnie wzrok: "Mama, mniam-mniam!". Nauczona doświadczeniem wiem, że od tej kwestii mam jakieś pięć minut, aby zorganizować śniadanie, inaczej będzie armagedon. W sekundę z oczu zrzucam resztki snu, wyskakuję na równe nogi i gnam do kuchni. "Dlaczego ta miska jest płytka? Gdzie jest owsianka? Dlaczego ta łyżka ma zęby?" - rano nawet taki bystrzak jak ja ma problemy z orientacją we własnej kuchni.

A Karola w tym czasie... Staje przy mnie i z nieprzyjmującym sprzeciwu tonem, wskazując palcem blat kuchenny, mówi: "Mamaaa... Tam!". Krótko, dosadnie i tłumacz dziecku, że nie wolno. Rano wszystko wolno, więc mała ląduje na blacie i przygląda się operacji "Owsianka". Kto codziennie robi owsiankę (vel jaglankę, vel gryczankę, vel musli...), ten wie, że nie jest to taka prosta akcja. Garnuszek - jest! Woda - jest! Łyżka - jest! Płatki - są! I tu pojawia się problem - no bo, z czym dziś ma być owsianka?

Jeszcze pół roku temu wzięłabym to, co jest pod ręką, bacząc jedynie, aby nie było powtórki z poprzedniego posiłku (patrz - kolacji), ale odkąd owoc najsłodszy naszej miłości zaczął się komunikować, zadanie to mocno zaczęło się komplikować. Otóż... Karolina ma ulubione smaki - nuemrem ejden jest oczywiście banan. Inne owoce są akceptowane, ale po negocjacjach. Siedzi ta Karola na blacie i paluszkiem (a jakże!) pokazuje na kosz z owocami (nie zostawiajcie na widoku owoców, jeśli zależy wam na spokoju ducha) i mówi: "Mama. Baban!". 

To nic, że mówi to zawsze, nawet gdy bananów nie widzi lub ich po prostu nie ma. Zasada jest prosta - baban musi być i już. A że nie zawsze jest, to się zaczyna. "Nie ma banana, dziś będzie jabłko". Kiwa głową, wyciąga rękę po kawałek jabłka, nawet je ze smakiem, ale nagle: "Baban!". "Karola, nie ma, nie będzie, przyjmij do wiadomości, ze dziś jemy jabłko". OK - spokój, pałaszuje kaszę, mija pierwsza połowa miski, dochodzi do końca spotkania Karolina : Owsianka (gdzie Karolina to gospodarze, oczywiście) i nagle z wyciem i zawodzeniem (zupełnie znienacka!): "Baban, baban, baban!". 

Udaję, że jestem mniej inteligentna, niż jej się wydaje i pytam: "Babcia? Babcia jest w pracy". Konsternacja - co też ta matka plecie za głupoty, jak ja tu o banana pytam, a nie o babcię. Ostatecznie sprawa kończy się tak, że odwracam jej uwagę i/lub obiecuję super-, hiper-, wow zabawę i jest spokój... Do drugiego śniadania, potem do zupy, następnie do drugiego dania i kolacji - baban jest dobry przez cały dzień, co nie? A teraz najlepsze - gdy wreszcie dam jej ten upragniony owoc, zje kawałek i zostawi. Czyżby rosła nam kolejna goniąca króliczka? ;)


PS muszę dodać historię powtarzającą się średnio co dwa dni:

Gdy nastaje popołudnie, tata po obiedzie pędzi na budowę, żebyśmy miały dokąd się wprowadzić i mazać po ścianach (obie!), Karolinie włącza się chęć na spotkania towarzyskie. Nie może być dnia bez zabawy z innym dzieckiem lub choć z którąś ciocią lub którymś wujkiem. Jak się to odbywa? Jemy, sprzątamy po jedzeniu - już naiwnie myślę, że posiedzimy chwilę w spokoju i ciszy, a tu: "Mama! Brum-brum!". "Jakie brum-brum, pobawmy się w domu, SAME". "Nie! Brum-brum, nienie" (pol. Nie, jedziemy do dziecka/Matyldy/Niny/Mileny...). Co robić, jak żyć? Jej wzrok błagalny (ale też troszkę zirytowany) wwierca się we mnie i... biorę telefon, sprawdzam, u kogo nas ostatnio nie było (serio - codziennie do kogoś chodzimy, więc muszę pamiętać o rotacji). Krótka rozmowa, informacja, że to dziecko zarządziło odwiedziny i po dziesięciu minutach siedzimy w samochodzie/wózku i gnamy posłuchać najświeższych ploteczek.

4 komentarze:

  1. Hahahahahaha. Nie da się zignorować Mniam mniam Karoliny - przekonałam się na własne uszy.
    Widzisz, matka, dziecie dba, żebyś o znajomych nie zapominala:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to kiedy kolejna szansa na usłyszenie Karolinowego "mniam, mniam"? :) My do Was, Wy do nas? :)

      Usuń
  2. Takie okruchy dni warte są zapamiętania. Właśnie sobie uzmysłowiłam, że od 3 lat nie spałam jeszcze dłużej niż do 6.00 rano. Rozkoszna świadomość :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha, jakbym o moim asertywnym, charakternym i towarzyskim Miesiu czytała. A Karolinka? No cóż, Karoliny takie właśnie są. Wiem coś o tym! :))

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny