Historia vitae magistra est

Matka w kąpieli...*

Korzystając z tego, że Daniel wyjechał na drugi koniec Polski, a Karolina postanowiła iść spać o 19, podjęłam niezwykle ważną decyzję - zamiast wziąć prysznic, wykąpię się jak człowiek.


Od pomysłu do realizacji zeszło mi jakieś piętnaście blogów i dwie skrzynki pocztowe  (nowe jednostki czasu). Około 21, mając jeszcze przed sobą wizję korekty i napisania tekstu, wstałam z sofy lekko niczym sarenka i pognałam do łazienki. Stop! Przed przekroczeniem progu tego miejsca zbytku i luksusu przypomniałam sobie, że... muszę mieć ze sobą nianię elektroniczną. Niania jest, ale baterie wyczerpane. Szybko zmieniłam baterie i lecę (nadal lekko) do łazienki, a tam...

jeśli kiedyś by mnie to frustrowało, to obecnie jedynie wywołało śmiech i delikatne załamanie rąk. Oto wanna była wypełniona wszelkiego rodzaju gumowymi zwierzątkami, piankowymi puzzlami i kółeczkami oraz zieloną matą antypoślizgową. Zakasałam rękawy, bo entuzjazm związany z wizją kąpieli w pianie bez pośpiechu i marudzenia nad uchem jeszcze nie osłabł.

Już zatykam korkiem wannę, już leję wodę, a tu... skończył się płyn do kąpieli (jakieś pół roku temu - widać, jak często korzystam z tego dobrodziejstwa cywilizacji). CO robić, co robić - myślałam gorączkowo. Mój wzrok - bystry i sokoli - padł na butelkę płynu Karoliny. Hmm, sprytnie- pochwaliłam samą siebie w myślach. To nic, że wylałam resztkę, liczy się piania i tylko ona.

Sprawdziłam - niania działa, ręcznik pod ręką, światło delikatnie przyciemnione - zanurzam nogę prawą, zanurzam.... Wróć! Bodziak cały brudny po kolacji leży i czeka na akcję ratunkową. Rzut oka na wannę - kąpiel poczeka, jeszcze tylko to. Wracam do umywalki, robię, co trzeba i wreszcie - hurra! - mogę położyć się w wannie.

Gdy mam wreszcie czas dla siebie, robię coś, za co siebie w tej chwili nie lubię.... A to widzę, że ściany wypadałoby pomalować, a to nasłuchuję, czy Karolina się nie obudziła, zastanawiam się, jak minęła droga Danielowi, jak napiszę tekst, który musi być gotowy do północy... Plum! Co mi tam, zanurzam głowę i przez jakieś piętnaście zanurzam się w nirwanie. Ale czas to krótki, głowa pod wodą nie może być stale i po wynurzeniu myślę sobie, że chyba nie powinnam myśleć, że wcale nie jest tak przyjemnie, jak myślałam, że będzie ;)

I jakoś mnie to nie dziwi, historia vitae magistra est, a to przecież nie jest mój matczyny debiut w kąpieli...

* historia i bohaterowie autentyczni

PS w zakładce "Gotujemy!" zamieściłam przepis na sos pomidorowy do słoika - polecam, co roku robię i cieszę się gotowymi sosami z najlepszych, letnich pomidorów przez kolejne 12 miesięcy :)

4 komentarze:

  1. Doznałam natchnienia! Idę powalić się w wannie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie wiem co to kąpiel. Za to doskonale znam pięciosekundowe prysznice i malowanie się jedną ręką :D

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny