Opowiem Wam o...

Zastanawiałam się, czy o tym pisać. W sumie szpital jest już za nami, po co sobie głowę tym zawracać, ale... Coś jednak nie daje mi spokoju i muszę się tym podzielić z kimś, kto (mam nadzieję) myśli podobnie do mnie.

Mam na myśli zachowanie, które pobudza obecność w szpitalu. I nie chodzi mi o zachowanie dzieci, a dorosłych. Miałyśmy z Karolinką pojedynczą salę - super, ale tylko po kilkoma względami. Olbrzymim minusem było sąsiedztwo (przez szklaną szybę) z salą zabiegową, w której pojawiał się każdy pacjent co najmniej raz dziennie.

Szyba, jak to szyba - jest przeźroczysta (zakleili kolorowymi naklejkami, ale tylko do 2/3 wysokości) i przepuszcza dokładnie każde słowo, które pada w pomieszczeniu obok. Ja, wiedząc o tym, narzuciłam sobie autocenzurę - ściszyłam głos, bacznie obserwowałam, czy ktoś jest obok, aby nie opowiadać (przeważnie miłych rzeczy) o kimś, kto może tego słuchać, bo wyszłabym na lizusa. Ale inni... rodzice, którzy prosto z izby przyjęć w nocy trafiali do zabiegowego, rodzice, którzy asystowali w pobieraniu krwi - oni zdawali się ni zauważać, że dzieli nas tylko szyba.

Czytałam dwa dni temu artykuł o tym, że obecność rodzica w szpitalu z dzieckiem ma bardzo dobre efekty w postaci mniejszego poziomu stresu u dziecka, szybszego okresu rekonwalescencji. I tak... Zgadzam się z tym, pod warunkiem że rodzice są sensowni. Definiuję naprędce - sensowni tj. szanują dziecko.

Spotkałam przez 10 dni rodziców sensownych i totalnie bezsensownych. Ci drudzy weszli w moją świadomość jak drzazga. Mierzi mnie, nie daje spokoju myśl, że takie rzeczy się dzieją naprawdę. O co mi chodzi?

Przykład 1.

Z (na oko) 3-latką na oddziale zostaje tata. Myślę "Super!" Ojciec to rzadkość". Na tym zachwyt się kończy. Ten tatuś (na oko 35 lat) jest bowiem człowiekiem niewychowanym i znerwicowanym. Dialog z przyjęcia na oddział: 

- Tatusiu, ja się boję...
- Zamknij się! To przez ciebie tu jesteśmy, bo nie chcesz żreć!!!

Zamknęłam oczy z zażenowania (wiecie, jak nie widzę, to mnie nie ma). Chciałam pobiec do tego gościa i wybić mu z głowy takie zachowanie, ale... Poczekałam, co będzie dalej. Przyszła pielęgniarka, a ojciec nie wypowiedział już ani słowa.

Sytuacja z kolejnego dnia z tym samym tatą:

- Tatusiu, ja nie chcę, aby motylek pił krewkę.
- Coś ty głupia. Krew ci wezmą i tyle.
...
- Nie chcę na wagę, boję się.
- Właź i to już! (przy pielęgniarce)

Ten sam tata, po puszczeniu dziecka samopas po oddziale (biegunkowym - tj. zakaz chodzenia po korytarzach dzieciom). Opowiada pielęgniarce, patrząc bezczelnie na mnie przez szybę (drzwi były niezaklejone), że te pojedyncze sale to bogacze mają (o ja bogata!), a jego nie stać. Poza tym, to co to za wygłupy, że on musi z dzieckiem tu być. On jak był mały, stale chorował i sam był w szpitalu i żyje, ma się dobrze... (nad tym bym się zastanawiała bo gość był w dzieciństwie skrzywdzony, inaczej nie potrafię wytłumaczyć jego zachowania). Pielęgniarka cicho próbowała powiedzieć, że to błogosławieństwo, że dzieci lepiej przechodzą leczenie itp. itd. "Bzdura!" i poszedł.

Ostatniego dnia ich pobytu gość już się nie krępował i przez cały oddział krzyczał:

- Zuzka! Chodź tu, bo ci w dupę dam!

Wtedy wstałam i postanowiłam powiedzieć mu, co o tym myślę. Zanim dotarłam do niego, żegnał się z lekarką i pielęgniarkami, które... nic nie powiedziały.

Przykład 2.

Córka (na oko 3 lata). Mama (na oko 30 lat). Mama zestresowana, najlepsza koleżanka pana z przykład wyżej (jak widać, podobieństwa, a nie przeciwieństwa, się przyciągają). Pani miała bardzo dużą nadwagę i piszę o tym, nie po to by ją wyśmiewać, ale dlatego, że ma to znaczenie - okazało się po kilku dniach obserwacji, że nadwaga jest efektem ciąży i pani odgrywa się a dziecku za swoje nieszczęście.

- Mamo, mamo.... (nieważne co, jakaś opowieść o muminkach namalowanych na ścianie)
- Zamknij się, nie obchodzi mnie to!

Pani z córką zbiera się do domu, dziecko na drugim końcu korytarza:

- Maaaaaaaamo!
- Bo ci przyleję!

KURTYNA...

13 komentarzy:

  1. u nas w szpitalu było podobnie z tymi szybami.
    Na szczęście rodzice byli milsi i troskliwsi dla swoich dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu też tacy byli, opisałam dwa przypadki negatywne, bo siedziało mi to w głowie

      Usuń
    2. domyślam się,że to są pojedyncze przypadki.
      Jak można być takim chamskim i nieczułym dla dziecka,a tym bardziej chorego.Nie mieści się w głowie ..

      Usuń
  2. Szkoda dzieci, aż ciśnie się na usta, że niektórzy chyba nie powinni ich mieć... Oj, nierówne są szanse już na samym starcie, a z drugiej strony co z tych dzieci wyrośnie... Za mały ze mnie żuczek, żeby to sobie wszystko czasem wytłumaczyć, bo ponoć wszystko ma sens...

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykre to, po co im te dzieci, traktuja je jakby za karę z nimi byli :( jeszcze w takich okolicznosciach, szpita, dziecko cierpi, okropne to.

    OdpowiedzUsuń
  4. oklasków nie będzie.
    przykre.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pacany cholerne.
    A propos tematu lekarzy i rodziców: mistrzostwem głupoty jest straszenie dzieci lekarzem lub pielęgniarką albo braniem leku. To trzeba naprawdę być bezmyślnym, żeby dziecku wmawiać, że lekarstwo i lekarz są źli. Scyzoryk się w kieszeni otwiera. Jak się zbiorę to napiszę o dialogach z placu zabaw- okoliczności przyjemne, ale bezmyślność rodziców równie imponująca.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie dziwię się, że nie daje Ci to spokoju, straszne. Biedne dzieci :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Masakra...Moje jedyne negatywne szpitalne przeżycie, jeśli o rodziców idzie to to, że była na oddziale kobieta z maluszkiem kilkumiesięcznym, który to maluch miał okropne odparzenia na pupie. Mimo zaleceń lekarzy o wietrzenie pupy i przy każdej zmianie pieluchy smarowanie czymś tam, co miała brać od pielęgniarek, ta u pielęgniarek była może raz dziennie a pampersa zmieniała ze dwa razy na dobę.

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny