Jak tam sobota...

Sobota bez taty, za to z ciociami i wujkiem. Tata dzielnie pracował do rana do nocy na budowie (bo ktoś przecież musi, abyśmy miały gdzie z Karoliną zapełniać garderobę), a my bujałyśmy się to tu to tam. Aby nie było tak kolorowo, muszę dodać, że dzień był słodko-kwaśny. 


Mama (czyli ja) nieco musi nieco popracować nad nerwami, gdy kolejny raz pełna miska zupy wyląduje na jej i córki ciele (nie pytajcie, jak to możliwe, że obie zostałyśmy oblane...). W każdym bądź razie kilka oddechów i wezwanie taty do chwilowej opieki nad "rozlewającą" i udało się dojść do porządku z nastrojami. Nie powiem - trudno było i nie obeszło się bez niepotrzebnego stresu. Na szczęście matka ma ojca, a ojciec nerwy ze stali. 


Karolina za to ma stale dobry nastrój - no, może poza porą posiłków (jak wnioskuję z ostentacyjnego wylania obiadu, zupa z białej rzodkwi córce nie podeszła ;) Za to w każdej innej sekundzie minionej doby wszystko Karoli się podobało - tak mniemam i w to wierzę. 


9 komentarzy:

  1. Każdej mamie czasem puszczają nerwy, trzeba dać sobie do tego prawo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, jaka ona jest udana! Te jej minki! ;P
    No, niektórych zup się po prostu nie chce jeść i co by tu z taką zupą zrobić...? ;) U nas też stalowe nerwy to atut Tatusia;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zupa rozlana, a Karola szczęśliwa... :)

    PS. Można przepis na tą zupę? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A proszę :) wrzucę dziś w zakładkę "Gotujemy"

      Usuń
  4. Na pierwszym zdjęciu Karolinka wymiata buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Bułka uwielbia Karolę! Kiedy widzi jej zdjęcia zawsze podskakuje, klaszcze i się cieszy :)
    Śliczna się Wam córcia udała :)

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny