Na zielonej trawce


Eskapady wielkanocne możemy uznać za zakończone. Jesteśmy w domu i wreszcie jest chwila, aby nieco zdjęć wrzucić. Miniony tydzień był bardzo trudny ze względu na pracę (wszyscy wyznaczyli terminy na "przed świętami") - Karolka nieco wędrowała od babci do dziadka, od dziadka do prababci lub była ze mną, ale wiecie, jakie jest to "bycie", gdy mama musi pracować...

Na szczęście przyszedł weekend, a z nim wiosenna Wielkanoc. Spędziliśmy ją na wsi, u moich rodziców (do dziś rana) i z drugimi dziadkami już w domu (dziś). Cóż dużo mówić, zdjęcia powiedzą więcej niż słowa.

Elka!

Nasze niedzielne plany uległy zmianie nagle. Spontanicznie umówione dzień wcześniej spotkanie w Krakowie nie mogło dojść do skutku. Ok. 11 w niedzielę nie było już sensu wybierać się w góry, bo za późno i pogoda nie taka, ale... 

lubi/nie lubi

Mało nas tutaj - nie wiem, czy to przyzwyczajenie po blogowym detoksie, czy raczej zagonienie totalne w minionym tygodniu... Jakby nie było, napisać kilka rzeczy muszę, bo Karolina zmienia się w tempie zastraszającym, a tu miał być przecież pamiętnik z okresu dziecięctwa.

Jak tam sobota...

Sobota bez taty, za to z ciociami i wujkiem. Tata dzielnie pracował do rana do nocy na budowie (bo ktoś przecież musi, abyśmy miały gdzie z Karoliną zapełniać garderobę), a my bujałyśmy się to tu to tam. Aby nie było tak kolorowo, muszę dodać, że dzień był słodko-kwaśny. 

Heeeeeeeeeeeeeeeeej!

Jesteśmy. 

Zepsuty aparat + wizyta u dziadków na wsi + nieco biegania po gabinetach lekarskich + 
korzystanie z pięknej pogody + spędzanie czasu razem = blogoDETOKS

Tekst alternatywny