Album rodzinny


Dziś byliśmy na rodzinnym obiedzie u mojej mamy. Oprócz naszej trójki i mojej mamy byli też moi bracia z drugimi połówkami i nie tylko. Skład zacny: mama Teresa, Paulina i Paweł z Matyldą, Marta z Kamilem, ja i Daniel z Karoliną. Zabrakło mojego taty - musiał, niestety, zadowolić się zdjęciami i rozmową telefoniczną.

Lubię takie spotkania - nie tylko dlatego że w końcu jest możliwość poopowiadać, co u kogo słychać. Jest miło, jest spokojnie, jest bezstresowo. Nasze małe kruszynki - Karola i jej kuzynka Matylda - sprawiają, że przy stole jednoczymy się zdecydowanie dłużej niż kiedyś. O tak! Lubię to.

Widok Karolki i Matyni na kocyku rozczula każdego z nas. Dziewczynki miały pojawić się na świecie w tym samym miesiącu - obie w kwietniu. Los chciał inaczej - nasza mała urodziła się w lutym, a Matylda... w maju. Teraz obie są podobnej wielkości i wagi - jak bliźniaczki, tylko dwujajowe. Zupełnie jak ich... rodzice (ja i mój brat). Nie ma to jak synchronizacja! :)

Mam nadzieję, że moja rodzina nie zabije mnie za umieszczenie tutaj zdjęć, ale w końcu blog to nasz album rodzinnych zdjęć - zaglądają tu dziadkowie, wujkowie, ciocie. Licząc na łagodną karę, wklejam zdjęcia z dzisiejszego miłego dnia rodzinnego.







Deszczowa nuda


W czasie deszczu dzieci się nudzą... Coś w tym jest. Karola śpi jak kamień obok mnie w naszym łóżku. Skąd się tu wzięła? Karmienie o 6.30, a potem przeraźliwy i dłuuuuugi płacz z powodu bolesnych bąków lub niemożności ich "puszczenia".

Przytulanie nie pomogło na dłuższą metę. Uspokajanie też nie. Głaskanie - to samo. Dopiero po jakimś czasie mnie natchnęło i położyłam ją brzuszkiem na moim brzuchu (nie cierpi leżeć tak w łóżeczku - przemycam "brzuszkowanie" w ten sposób). Oczywiście córa nasza głupia nie jest i od razu znalazła pierś. Jak nie skorzystać? :) Całe szczęście bąki szły na przemian z beknięciami. Dziecko szczęśliwe i spokojne = szczęśliwa i spokojna mama.

Pogoda u nas prze-ok-ro-pna! Jeśli jest za oknem 10 stopni to i tak dużo. W domu zimno. Dogrzewamy się elektrycznym grzejnikiem, aby mała nie zmarzła. Wczoraj przemogłam się i poszłyśmy na spacer. Dziś nikt mnie z domu nie wyciągnie - wieje i leje.

Nadrabiam zaległości w sprzątaniu garderoby. Oj, długo się za to zabierałam. Pracę podzieliłam i tak na trzy dni ;) Po kolejnym karmieniu Karoli, zmieniam lokal i zabieram się za gotowanie obiadu - przynajmniej ciepła trochę więcej wyprodukuję...

Karola w wersji sennej:


Karola w wersji znudzonej:




Jestem wielka!


Nie, nie ja, ale Karolina :) Wczoraj skończyła trzy miesiące - rozpoczęła czwarty miesiąc (wg wieku urodzeniowego, a korygowanego - drugi). krótkie podsumowanie ku potomności:

Waga - 4200 g
Długość - 52,5 cm
Rozmiar ubranek - 50, 56

Lubię:

- smyranie po twarzy włosami mamy
- uśmiechać się do rodziców
- przytulać się do piersi mamy
- czerwono-grantowego ptaszka uszytego prze ciocię Agę
  (kolor jest istotny - ptaszków było kilka, a wybrała tego konkretnie)
- spać podczas spacerów
- przewijanie (goła pupa to jest to!)
- kąpanie!
- rozmawiać z dorosłymi
- bawić się swoimi zabawkami (sięgam po nie rękami)

Nie lubię:

- witamin, które codziennie dostaję
- gdy mama zabiera mnie śpiącą od cycusia
- gdy boli mnie brzuszek, a ja nie potrafię puścić bąka
- zbyt wielu bodźców na raz


Co zmieniło się przez ten miesiąc?

- przesypiam noc (od 21 do 1 - karmienie, potem od 1.30 do 5.30 i potem do 9)
- zaczęłam robić kupę rzadziej (hm... raz w tygodniu)
- piję mleko od mamy bez nakładek silikonowych!
- zrobiłam się gadatliwa (odzywam się nie tylko do ulubionego ptaszka, ale też do dorosłych)
- macham nogami, aby puścić bąka ;)
- bąki... dużo i codziennie
- dostrzegam coraz więcej - nie chcę już tylko leżeć, interesuje mnie świat



Leniwie


Dziś lenimy się w domu. Pogoda beznadziejna - wieje, pochmurno, deszcz pada co jakiś czas. Co można robić w domu? Spać, jeść, słuchać bajek lub... machać nóżkami ;)




Potrafię...


Ostrzegam, to nie będzie dobry post do przeczytania przy śniadaniu ;)
Karola do tej pory miała straszne problemy z jelitami - każdej nocy stękała, jęczała, płakała nawet przez sen. Pytałam lekarzy neonatologów i naszą pediatrę, czy dzieje się coś złego. Uspokajali - noworodki, a szczególnie wcześniaki, mają niedojrzały układ pokarmowy i takie zachowanie dziecka jest normą.

Gdy mała zasypiała, a my siedzieliśmy w drugim pokoju, sądząc po odgłosach, myśleliśmy, że ktoś ją morduje. Wystarczyło stanąć obok niej, aby zobaczyć, że nie cierpi- nie widać było po niej bólu, ale te odgłosy...

Jakoś miesiąc temu, gdy mała osiągnęła swój wiek urodzeniowy (data porodu wyznaczona wg usg), wszystko minęło. Nagle noce były spokojne. Minęło coś jeszcze - do tej pory każde wypróżnienie wiązało się z silnym parciem, płaczem itp. Dodatkowo odgłosu robienia kupy nie można było nie usłyszeć nawet w drugim pokoju (wystrzał ;P). Nagle - cisza.

Mała nie informuje nas o tym, że ma mokro lub coś innego w pieluszce, więc muszę sama sprawdzać, czy pora na zmianę i mycie.

Żeby nie było tak różowo... W zamian pojawił się inny jelitowy problem. GAZY! Mała ma okropne wzdęcia (dieta ta sama co zwykle, a gazów mnóstwo). Czasami popłakuje przy próbie puszczenia bąka, ale w większości czasu po prostu po każdym karmieniu w łóżeczku wymachuje nóżkami tak długo, aż nie wypuści bąków z brzuszka. Zdarza jej się to także w miejscach publicznych - musiałybyście zobaczyć miny innych mam w poczekalni u lekarza, gdy tłumaczę, że to moje dziecko, a nie ja... ;)

Układ pokarmowy naszej małej dojrzewa i będzie nadal się rozwijał aż do siódmego miesiąca życia (u nas do prawie dziewiątego - wiek korygowany). Po co ten post? Aby mamy, które martwią się o swoje dziecko znalazły pocieszającą informację - wszystko mija. My czekamy, aż pożegnamy się z bąkami.

Na osłodę tego "jelitowego" posta - Karola z mamą



Uff... piknik


Zanim o pikniku - kilka słów o tym, dlaczego odetchnęliśmy z ulgą.

W piątek stawiliśmy się w trójkę w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach na umówionej i wyżebranej wizycie u specjalisty w poradni chorób metabolicznych. Karolina dostała skierowanie z powodu nieprawidłowego wchłaniania fosforu i ogólnie złego działania gospodarki wapniowo-fosforowej.

Po ważeniu i mierzeniu ( 4 kg i 52,5 cm!) i krótkim oczekiwaniu na naszą kolej, stanęliśmy w oko z panem doktorem. Krótki wywiad, przegląd wyników Karoli od urodzenia (a sporo tego było w szpitalu), przez te, które robiłam po wyjściu kilka razy, aż do tych z tego tygodnia.

Naprodukowałam się jak nigdy, a lekarz tylko ze złością "Noworodkarze znowu wymyślają choroby, których nie ma...". Zreflektował się po chwili, że ja nie jestem "noworodkarzem" i powiedział: Ale to przecież nie państwa wina, że was do mnie przysłali niepotrzebnie".

Uff nr 1 - odstawiamy wszystkie specyfiki do mleka i robimy kontrolne badania za miesiąc.

Uff nr 2 - od teraz mamy możliwość karmienia wyłącznie piersią. Do mleka muszę dodawać jedynie witaminy (w strzykawce) oraz żelazo (w 20 ml mleka w butelce).

Uff nr 3 - pożegnaliśmy się z niedokrwistością. Wyniki podskoczyły małej do góry w awrotnym tempie (żelazo jako wcześniak Karola będzie przyjmować nadal "na zapas").

Uff nr 4 - w weekend pogoda w końcu dopisała i spełniliśmy marzenie o pikniku na trawie. Odwiedzili nad znajomi z Krakowa (z malutkim Pawełkiem) i po grillu wybraliśmy się poleżeć w parku zamkowym w Pszczynie. Odbyła się tam premiera mojego publicznego karmienia piersią. Niestety - mała nie chciała współpracować w żadnej pozycji i ostatecznie dostała butlę (w domu później piła bez problemu).

Poniżej kilka zdjęć z pikniku (mam nadzieję, że państwo Dz. się nie obrażą :P).









Oda do KP

Jak nieraz tu pisałam, bardzo chciałam karmić Karolinę piersią. Przed porodem myślałam, że po prostu - odbędzie się poród, dostanę małą na dwie godziny i laktacja sama ruszy, a mała będzie pięknie ssała. 

Rzeczywistość była inna. Poród przez cesarskie cięcie w 33 tygodniu ciąży... Walczyłam w szpitalu o każdą kroplę siary. Niejednokrotnie moje wysiłki szły na marne, gdy pielęgniarki nie chciały jej podać dziecku lub odsyłały mnie z oddziału ze słowami "Niech pani wróci, jak będzie miała pokarm". Szkoda to komentować.

Na mojej drodze stanęła wtedy dobra duszyczka - Martyna w blogowym świecie znana jako Tina. Nie znałyśmy się. Jedyne co nas łączyło to fakt, że byłyśmy z jednego miasta, obie rodziłyśmy prze cc w naszym miejskim szpitalu. Okazało się, że Tina ma wielką wiedzę na temat KP. Pomogła mi wsparciem sprzętowym (pożyczyłam od niej elektryczną medelę mini electric), duchowym (pocieszające maile) oraz merytorycznym (odpowiadała na moje pytania). Dzięki niej byłam pewna, że będę mogła karmić małą swoim mlekiem. Pokarm się w końcu pojawił, z każdym dniem było go trochę więcej, ale... Mała była od urodzenia w inkubatorze i była karmiona butelką z moim pokarmem (wcześniem MM i mój pokarm).

Tak było podczas naszego pobytu w szpitalu (przez ponad trzy tygodnie). Nawet gdy wyciągnięto Karolę z inkubatora, zabrakło osoby, która pokazałaby, jak przystawić ją do piersi, opowiedziałaby o tym, że wcześniaki są słabe i ssą nieefektywnie lub zasypiają po kilku pociągnięciach. Spróbowałam raz - mała pociągnęła tylko dwa razy. Gdy zobaczyła to pielęgniarka - wszystkim innym pracownicom oddziału przekazała, że "Mała Lewi...a (nazwisko) nie potrafi ssać, więc nie ma co się męczyć z asystą przy jej karmieniu piersią". Ręce opadły, ale wiedziałam, że zaraz pójdziemy do domu - poddałam się.

W domu Karola miała 2200 g i od razu pierwszego dnia pojawiła się kolejna dobra dusza - położna - pani Gabrysia. Pomogła przystawić małą - hurra - pociągnęła pięć razy i... zasnęła. Widziałyśmy obie, że jest jeszcze za słaba, aby ssać. Położna doradziła mi kupno silikonowych nakładek na pierś. Dlaczego? Moje sutki okazały się zbyt drobne dla dziecka przyzwyczajonego do butelki ze smoczkiem. Pani Garbysia zostawiła nam na weekend wagę, abym mogła sprawdzać, czy mała cokolwiek pokarmu ściąga z piersi.

Minął weekend - klapa. Mała piła około godziny i przybyło jej tylko 10 g... Nie potrafiła ssać efektywnie. Poddałam się - stwierdziłam, że musi podrosnąć i zainwestowałam w zestaw SNS medeli. Niestety u nas się nie sprawdził - dla mnie było kłopotliwe jego zakładanie i byłam rozczarowana, gdy po półtoragodzinnych przygotowaniach i ssaniu, mała nie ściągała z pojemnika nawet 10 ml.

Ostatecznie stwierdziłam, że trudno - próbowałam. Widocznie dziecko, które piło od urodzenia jedynie z butelki (i to zwykłej, a nie medeli calma czy habermanna) nie potrafi ssać piersi. Do tego czasu wstrzymywałam się również z podaniem małej smoczka uspokajającego (choć domagała sie bardzo ssania). Gdy zaczęła 7-8 tydzień, dostała smoczek. Nie ukrywam, że przy jej wzmożonej potrzebie ssania, spełnia swoją rolę doskonale.

Oczywiście codziennie próbowałam przystawiać małą - z różnym skutkiem, przeważnie kończyło się histerią, gdy nie potrafiła ściągnąć pokarmu do buzi. Trudno było ją uspokoić. Dodatkowo w szostym tygodniu złapał nas kryzys laktacyjny - dokarmiałam małą MM, ponieważ nie potrafiła sama ssać z piersi. Spędzałam godziny z laktatorem, aby ją zastąpić. Piłam herbatki laktacyjne. Kryzys trwał ponad tydzień, już pogodziłam się z tym, że będę musiała karmić ją pól na pół moim mlekiem i mm. Po tygodniu mleka było dwa razy więcej! Karmiłam małą butelką tylko moim pokarmem, ale byłam dumna :)

Przyszedł też dzień, w którym aż łzy napłynęły mi do oczu ze szczęścia. Oto nasz wcześniak w dziewiątym tygodniu życia załapał o co chodzi z piersią!

Tak, tak moi mili! Karolina od trzech tygodni bardzo ładnie karmi się moim pokarmem prosto z piersi :) Nie pisałam o tym wcześniej, ponieważ obserwowałam jak sytuacja się rozwinie. Odkąd jej waga przekroczyła trzy kilogramy, pije z piersi. Od trzech i pół pije z piersi przy każdym karmieniu (ze względu na leki, do każdego karmienia dostaje w butli trochę mleka z odpowiednimi specyfikami). Oczywiście zdarzają się chwile, że próbuje łapać sutek płytko, gdy bawi się nim lub szarpie, ale tak zachowują się też dzieci ssące od urodzenia.

Nie ukrywam, że jestem dumna z nas obu. Udało się, choć po drodze było tyle przeszkód. 
Jakie problemy w karmieniu napotkałyśmy na swojej drodze?

- poród przez cesarskie cięcie
- oddzielenie przez trzy tygodnie od siebie (jedynie dotyk dłonią w inkubatorze)
- personel mający swoje poglądy na temat karmienia dzieci, podkopanie mojej wiary w KP
- karmienie butelką od urodzenia aż do skończenia drugiego miesiąca życia (i nadal)
- podanie smoczka uspokajającego w drugim miesiącu
- przymus podawania leków w butelce
- dokarmianie mm
- kryzys laktacyjny w 6. tygodniu

Karmienie piersią zaczyna się od głowy. Jestem tego potwierdzeniem, a moja mała to niesamowity twardziel! Ot co! Wiem, że będą kolejne kryzysy, ale będzie łatwiej z moim najlepszym ssakiem w okolicy :)

PS Bardzo dziękuję Tinie, pani Gabrysi, Danielowi i mojej Mamie oraz wszystkim, którzy wsparli nas dobrym słowem :)




Uff...


Minął tydzień - tydzień wizyt u lekarzy, ciągłych rozjazdów, zapamiętywania diagnoz itp. W tym czasie byłam z małą sama i - o dziwo - spokojnie dałam sobie radę. Było ciężko pod względem fizycznym, ale Karolinka, jakby wyczuwała, że musi być grzeczna, pokazała mi się z najlepszej - spokojnej - strony :) Żeby nie było - ona też płacze, też ma problemy z brzuszkiem itp. ale dość łatwo się uspokaja.

Ponieważ blog jest dla mnie notatnikiem i albumem zdjęć, poniżej zapiszę dla informacje ważne dla nas. Lojalnie ostrzegam - będzie wiele informacji medycznych. Zanim streszczenie tygodnia, zdjęcia małej. Ponoć bardzo się zmieniła przez ten tydzień (tak mówi Daniel - wrócił wczoraj do domu po tygodniu nieobecności na noc, dziś znowu jest poza domem na dwa dni).

Waga - 3900 g
Wzrost - ok. 56 cm
Wiek - 10 tygodni (korygowane - 4, wg neurologa - 6)

1) Karolina i jej nowa umiejętność - wyciąganie rączki do zabawki



2) Coraz częściej śpi z otwartymi dłońmi


3) Ach te oczy!



PODSUMOWANIE TYGODNIA:

Poniedziałek - obdzwanianie wszystkich możliwych poradni, załatwianie spraw związanych z budową oraz moim macierzyńskim (pisałam o tym w poprzednim poście)

Wtorek - z samego rana wyjazd do OWI na rehabilitację i tu dłuższa opowieść... Neurolog z tego OWI tydzień wcześnie stwierdziła po trzech minutach badania (razem z rozbieraniem dziecka, bez ubierania - bo szkoda jej czasu, abym w gabinecie ubierała...), że mała ma asymetrię i wzmożone napięcie mięśniowe. Zmiany są niewielkie, ale że mają miejsca, to rehabilitacja nie zaszkodzi. Od razu po wyjściu z jej gabinetu, miałyśmy spotkanie z rehabilitantką. Miła pani o obejrzeniu dziecka stwierdziła to samo co lekarz, dodając, że wystarczy odpowiednia pielęgnacja w domu i pokazała mi co i jak. Ze względu na zapis neurologa o rehabilitacji raz w tygodniu, kazała czekać na telefon z informacją, kto się będzie zajmował małą. W poniedziałek stawiłyśmy się z małą na umówioną wizytę. Pani rehabilitantka nie wiedziała zupełnie z kim ma mieć zajęcia, nie chciało jej się iść po kartę małej i na podstawie kilku minut obrotów, ćwiczeń itp. stwierdziła - cmokając i kręcąc głową - "Oj, czeka nas ciężka rehabilitacja. Intensywna - dwa razy w tygodniu co najmniej przez trzy miesiąca, a później do 12 miesięcy kontrole. Do tego oczywiście psycholog i zajęcia z muzykoterapii. Acha, mała ma jaką niewymiarową głowę. Miała robione usg?". Zgłupiałam... Pytam, czy przez tydzień dziecko cofnęło się w rozwoju, bo miałyśmy zapis o zajęciach raz w tygodniu i to niezbyt obciążających, nastawionych na pielęgnację. Poszła po kartę, przeczytała opinie neurologa i innej rehabilitantki z ośrodka, ale zdania nie zmieniła. Cóż... Przecież ja się nie znam. Tego samego dnia rozmawiałam z mamą innego wcześniaka, który też jest ta rehabilitowany i sytuacja się wyjaśniła. Otóż, ona z synkiem trafiła do szczerej babki, która bez ogródek przyznała, że OWI ma za mało pacjentów na rehabilitację i wszystkie inne zajęcia (logopeda, psycholog) nie będą mieli środków z NFZ, więc biorą wszystkich, jak leci. Ręce mi opadły... Znowu pieniądze są ważniejsze od dzieci. Wiedziałam, że pod koniec tygodnia mam wizytę u neurologa z prawdziwego zdarzenia, postanowiłam zasięgnąć jej opinii na temat tego postępowania OWI.

Po południu miałyśmy badanie USG bioderek. Pomijając fakt, że na jedną godzinę zapisano 15 dzieci, wszystko ok. Obraz bioderek prawidłowy. W ciągu pól godziny spotkałam pięć znajomych z dziećmi! Dodam, że Tychy liczą ok. 140 tys. mieszkańców ;)

Środa - z samego rana wizyta w Poradni Patologii Noworodka w szpitalu. Wizyta umówiona jeszcze rzez neonatologów z oddziału, gdzie leżała Karolina. Dlaczego tak? Lekarka, która tu przyjmuje, zajmowała się też na oddziale naszą małą. Zdradziła, że NFZ refunduje w miesiącu jedynie wizyty dziesięciu małych pacjentów na jednego lekarza. I uwaga! Lekarki są... dwie. Kpina, po prostu brakuje słów. Jeśli chodzi o naszą wizytę - zrobiono USG główki, obraz prawidłowy, wszelkie zmiany zanikły :) Powiedziałam lekarce o obiekcjach rehabilitantki w stosunku do wielkości głowy Karoliny. Ta tylko się uśmiechnęła i nie skomentowała. Obwód główki proporcjonalny do obwodu klatki piersiowej - Karola rośnie idealnie wg siatek centylowych. Potem badanie ogólne, osłuchowe, oglądanie skóry, ważenie itp. "Chciałabym w tym gabinecie przekazywać tylko tak dobre wieści" - uff.

Czwartek - dzień odpoczynku, tj. dwa spacery w ciągu dnia i dodatkowo dwie godziny na tarasie :) To się nazywa życie. Miała nas odwiedzić położna (poza patronażem), aby zważyć małą, ale ze względu na ważenie dzień wcześniej, odwołałam.

Piątek - raniutko o 7 wizyta w szpitalu u pani neurolog. Dodam, że najlepszej w mieście. Wizyta trwała... czterdzieści minut. Najpierw wywiad (rozmowa ze mną, a mała przyzwyczajała się do pomieszczenia), potem zabawa w ubrankach, a na koniec rozbieranie dziecka, gdy już było oswojone z lekarką i gabinetem. To się nazywa podejście! bez pośpiechu tłumaczyła mi, jak będzie rozwijać się nasz wcześniaczek. Stwierdziła delikatną asymetrię, ale podkreśliła, że można ją skorygować odpowiednią pielęgnacją w domu (do trzeciego miesiąca prawie każde dziecko ma asymetrię - jest to stan fizjologiczny, który powinien sam zaniknąć, jeśli tak się nie dzieje - konieczna jest rehabilitacja). Powiedziałam jej o moich obiekcjach co do rehabilitacji w OWI. Chwyciła się za głowę i od razu napisała opinię dla OWI, że zaleca przyuczenie mnie (mamy) do pielęgnacji - nic więcej. Tłumaczyła mi również, że rehabilitowanie Karoliny ze względu na wzmożone napięcie to jakaś bzdura i błąd w sztuce, ponieważ wcześniaki ze względu na sporą ilość miejsca w brzuchu, nie musiały rozpychać się nogami i rękami na boki i rodzą się ze zmniejszonym napięciem mięśniowym. Neurolodzy zalecają, aby dziecko wspierać w podnoszeniu tego napięcia poprzez układanie w "rogalik" na boku, sadzenie w nosidełkach samochodowych (Tak! Donoszonym dzieciom w nadmiarze szkodzi, ale wcześniaka zmusza do pracy mięśni klatki piersiowej, rąk i nóg). Powiedziała, że napięcie u naszej małej jest w porządku i mam nie dać jej rehabilitować inaczej, niż ona zaleca, żeby nie zrobić jej krzywdy. Ciekawa jestem, czy pismo coś zdziała? Będę musiała twardo przedstawić swoje racje, a razie problemów powiem wprost, że wiem, iż nie mają pacjentów i dlatego biorą "wszystko jak leci". Na koniec podsumowanie sytuacji Karoliny - "Jest ok, będziemy kontrolować asymetrię, mała ma wg psycho-ruchowych wyznaczników 6 tygodni".

Zaraz po tej wizycie miałyśmy umówioną wizytę u pediatry. Nie musiałam nic mówić, od drzwi Pani doktor tylko "O, Karolinka, jak się masz wcześniaczku!". Miałyśmy się szczepić, ale dzień wcześniej przy odbijaniu małej wyczułam na jej szyi powiększone węzły chłonne. I neurolog (też pediatra) i nasza pediatra były zgodne - to nic groźnego, obserwujemy tydzień i wtedy szczepimy. Ponoć to zdarza się niemowlakom bardzo często - np. po szczepieniu na gruźlicę, po zadrapaniu, przy zapaleniu gardła itp. Pewnie Karola miała je już wcześniej, ale dopiero tego dnia zaczęłam odbijać ją w inny sposób i wyczułam zgrubienie na szyi. Mam nie panikować i oglądać dobrze małą. Za tydzień kontrola.

Ostatni punkt piątku to telefon do mojej szefowej. W czasie macierzyńskiego kończy mi się umowa na czas określony. o rozmowie z prezesem (duuużej, świetnie prosperującej firmy) okazało się, że umowy mi nie przedłużą, ale czekają z utęsknieniem aż wrócę... No comment.

Ufff... I chciałoby się napisać "I tak minął tydzień...".

Szok!


Przed majówką kilka dni pod rząd próbowałam dodzwonić się do rejestracji poradni chorób metabolicznych Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka - bez skutku. Cały czas było zajęte lub, gdy już usłyszałam sygnał łączenia, nikt nie odbierał.

Wczoraj napisałam, że się poddaję, że potrzebujemy szybkiej wizyty i idę prywatnie do tego lekarza konkretnego. Ot tak stwierdziłam, że spróbuję ostatni raz. o jednym sygnale... "Halo...". SZOK nr 1!

Oczywiście gadka, że terminy na lipiec itp. Mamy skierowanie na cito i rozpoznanie z tyskiego szpitala, więc po moich prośbach, do lekarza stawiamy się za tydzień w piątek. SZOK nr 2!

Idąc za ciosem, postanowiłam załatwić wszystkie sprawy rozplanowane na tydzień. Dodzwoniłam się do poradni neurologicznej w szpitalu w Tychach, termin najbliższy po prośbach to 21 czerwca (muszę mieć opinię dla pediatry, że czy można szczepić + kontrola wcześniaka). Nie mogąc tyle czekać, poprosiłam mamę, aby pogadała z lekarką, czy w ramach wyjątku przyjmie nas wcześniej - najlepiej w tym tygodniu... Wiem, że wiele wymagałam, ale udało się! Pani doktor (nowa w szpitalu) mile powiedziała, że przyjmie nas w pierwszej kolejności w piątek przed oficjalnym otwarciem gabinetu. I jak tu nie wierzyć w ludzi? SZOK nr 3!

Mniej szokujące sprawy też załatwiłam i jestem z siebie dumna, ot co ;)
Jutro rano rehabilitacja w Mikołowie, a po południu usg bioderek. Kiedy będziemy się karmić, spacerować i spać, tego nie wiem - szlag trafił nasz plan dnia, ale... Tak już jest i nie ma co narzekać, nie? :)

Miały być zdjęcia, prezentujące nową umiejętność Karoliny, ale zostawię Was w niepewności, ponieważ mój luby zabrał mi komputer, a ten, z którego korzystam nie ma czytnika kart pamięci (wiem, wiem - jest jeszcze kabel, ale chyba w czwartym wymiarze) :P

Witaj na świecie!


Właśnie otrzymałam wiadomość, że na świecie pojawiła się Matylda
- córka mojego brata i jego żony. GRATULACJE!

Och!


W telegraficznym skrócie:

- pogoda w weekend majowy niestety była "pod psem", nici z hamaka, leżenia pod gruszką. W zamian było wygrzewanie się przy piecu kaflowym, gotowanie, gra w scrabble, długie rozmowy, spanie z małą w wielkim łożu; Karola pierwszego dnia była trochę nieswoja i płaczliwa, drugiego dziecko idealne;

- ten tydzień zapowiada się jako kolejny z serii maratonu po lekarzach; mamy usg bioderek, usg główki w poradni patologii noworodka i rehabilitację; nadal nie udało mi się zarejestrować małej do centrum zdrowia dziecka - poddaję się, nie mam możliwości tam jechać, pójdziemy do tego lekarza prywatnie; dodatkowo muszę wyczarować szybki termin do neurologa - albo w szpitalu, albo prywatnie, aby dostać zaświadczenie o możliwości wykonania szczepień (wizyta u neurologa już była, ale trwała trzy minuty i lekarka powiedziała, że nic nie wystawi dla pediatry...);

- Daniel wyjechał w delegację na tydzień ;/ Po pierwsze - smutno, po drugie - trudno. Dzieliliśmy się obowiązkami o połowie. Przy moim systemie karmienia (ściąganie pokarmu siedem razy na dobę po 30-40 minut) okazuje się, że czasu brakuje na jedzenie lub spanie (do tego posta przymierzałam się dwa dni!);

-  pierwszy raz obcięłam małej pazurki, w końcu nie drapie nas przy karmieniu ;)
Tekst alternatywny