Padłam...


Samodzielna wyprawa do szpitala z dzieckiem w nosidełku i torbą zimową porą to czysty sadomasochizm... Gdyby nie moja mama, która pojechała z nami dziś do szpitala, chyba bym po pierwszej godzinie zbierała język z podłogi. Ale po kolei.

Rano przygotowałam torbę, ciuszki dla małej i nosidełko. Nie sądziłam, że ta wizyta w szpitalu przeobrazi się w wyprawę na Mont Everest, ale sądząc po ilości rzeczy, które musiałam zabrać, tak się czułam.

Małą nakarmiłam wcześniej niż zwykle, ubrałam siebie w wierzchnie okrycie i wzięłam się za ubieranie małej. Po pozbieraniu tobołów, ledwo powłócząc nogami, doszłam do garażu, gdzie pojawił się problem. Ponoć banalne przypięcie nosidełka pasami sprawiło mi olbrzymi kłopot. Summa summarum, zamiast o 9 15, byłam po moją mamę kwadrans później (co oznaczało, że zostało nam dosłownie 25 minut, aby pojawić się z małą w punkcie pobrań...).

Pod szpitalem chaos - nasypało śniegu, nie było wolnych miejsc parkingowych, ostatecznie, przy drugim podejściu udało się. Biegusiem do szpitala - zdążyłyśmy kwadrans przed zamknięciem. Miła pani wyczytała z wypisu, jakie badania są nam potrzebne. Inna przyszła pobrać małej krew. Karolina była bardzo dzielna! Ale... w jej unormowanym życiu rozbieranie z ciuszków to sygnał, że zaraz będzie karmienie, a tam... nic z tego. Chwilę popłakała i zasnęła w nosidełku.

Coś mi z tymi badaniami nie pasowało - pojechałyśmy na oddział neonatologii do lekarza prowadzącego w czasie pobytu w szpitalu. Okazało się, że brakuje kilku badań - mama biegiem do laboratorium, aby poprawić zamówienie, a my - do zabiegowego, ponieważ poprosiłam o osłuchanie małej. Ma okropny katar ostatnio, ale biały - więc jest to wynik zbyt wysokiej temperatury w mieszkaniu. Osłuchowo OK, oprócz tego kilka cennych informacji o karmieniu i... umówiliśmy się, że wyniki badań dostarczymy jemu, aby przeliczył, czy mała dobrze wchłania fosfor i wapń (z tym był problem w szpitalu).

Dlaczego jemu, a nie naszej pediatrze? Cytuję za nim "Gospodarka elektroliotowo-jonowa nie jest konikiem wszystkich pediatrów" (a w domyśle, nie każdy wie, o co chodzi). Cieszę się, że on się tym zajmie - przynajmniej będzie znał przypadek naszej małej.

To nie był koniec wycieczki - niestety. Musiałyśmy przejść do innej części szpitala i zarejestrować się do okulisty dziecięcego. Trochę to trwało, ale  porównaniu do tego, ile siedziałyśmy pod gabinetem, to nic. Moja mama zapytała lekarza, czy przyjmie Karolę bez kolejki, ze względu na wcześniactwo (a korytarze zapełnione chorymi ludźmi), niestety...  Gdy przyszła nasza kolej, małej zakropiono oczy i wyproszono nas z gabinetu na kolejny kwadrans. Po odczekaniu było badanie - średnio przyjemne dla małej (świecono jej w oczy ostrym światłem), ale ostatecznie wynik był w porządku. Mamy w siódmym miesiącu kontrolę, ze względu na to, że i ja, i Daniel nosimy okulary.

Wyniki z laboratorium będą jutro, jutro też lekarz powie, czy wszystko ok. Po powrocie do domu po trzech godzinach w szpitalu, po nakarmieniu małej, padłam na twarz... Już dawno nie byłam tak zmęczona (doszły do tego oczywiście nerwy i wspomnienia szpitalne). W takich chwilach podziwiam matki, które same taszczą te wszystkie toboły. Amen.

11 komentarzy:

  1. Oj przerąbane i jeszcze ten okulista - naprawdę nie mógł zrobić wyjątku i wpuścić was wcześniej, masakra...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zuza też miała badanie dna oka i bardzo, ale to bardzo nie podobało jej się to badanie. Myślę, że i dla dorosłego jest nieprzyjemne, a co dopiero dla takiego malca. Przygody u specjalistów to masakra. Dla wcześniaków powinny być wyjątki i wpuszczać bez kolejki.
    Chodź ja jak byłam z Małą u dziecięcego ginekologa to na swoją kolej czekałam 3 godziny, a po wejściu do gabinetu usłyszałam: "gdybym wiedziała, że Pani z takim maluszkiem to weszłybyście bez kolejki!". Żarty to ta nasza służba zdrowia w niektórych przypadkach!
    Super sobie radzicie i bardzo Was podziwiam! Ściskamy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mój Misiek się zacieszał jak nienormalny na tym badaniu i strasznie go to światełko fascynowało :) :)
      Dzielna mama i babcia, ja też zazwyczaj biorę mojego tatę do pomocy, bo samemu na prawdę trudno..

      Usuń
  3. jejka, ale zostałyście dzisiaj przeczołgane i to prawie dosłownie :/

    OdpowiedzUsuń
  4. ostatnio czytając o niektórzych sytuacjach w placówkach służby zdrowia mam ochotę krzyczeć. To są jakieś żarty, kiepskie w dodatku :( Kazać czekać takiemu małemu dziecku...

    OdpowiedzUsuń
  5. Uff, dobrze, że to już za Wami. Ja też czasem jeżdżę za Mamą i mam porównanie. Bez niej mam ręce długie aż do ziemi i pot na czole. Czasem ciężko - dosłownie - być Mamą :) No i my to mamy gorzej, zimowe dzieci i ta cholerna zima nie odpuszcza, musimy nosić ze sobą o wiele więcej...i to rozbieranie...brrrr.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. :) Grunt, ze się udało. A co do fotelika - my zainwestowaliśmy w bazę, właśnie co by nie było problemów z tymi pasami.

    OdpowiedzUsuń
  7. pierwsze koty za płoty! ;) dziwie sieze nie przyjeli was poza kolejnoscia, ze wzgedu ze noworodek i to wczesnaiczek, nie do pomyślenia ;/;/ buziaki dla was

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie martw się z nosidełkiem dojdziesz do wprawy.
    Ja na początku miotałam się jak szalona w koło samochodu i zajmowało mi to min 10 min. Teraz już szybko raz ciach i zrobione. Do tego ja po tych wszystkich szpitalach i innych poradniach muszę ścigać sama bo moi rodzice pracują :-)
    No ale kto da radę jak nie my?:-)

    Ściekami Was mocno dzielne dziewczyny :-*

    OdpowiedzUsuń
  9. czekać Wam kazali? o zgrozo! kraj absurdów!

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny