Na majówkę!


A co tam! Nie wolno nam, bo Karola jest za mała, bo jest wcześniakiem?

Pediatra dał błogosławieństwo, nasz rozsądek też nie oponuje. Jedziemy na cztery dni na wieś - do dziadków. Szykuje się spęd rodzinny - będą moi rodzice, my z Karolą, mój brat z dziewczyną i jej mamą. Zabraknie tylko mojego bliźniaka z żoną, ale... mają lepsze zajęcie (lada dzień będzie ich troje!).

Dom rodziców jest przygotowany właśnie na takie wizyty. Dół domu to ich królestwo, ale góra to już nasze. Każde z nas (ja i moi bracia) mamy tam "swój" pokój. Jest też kuchnia, a być może w tym roku pojawi się także łazienka. Nie ukrywam, że jest to wygodne, gdy ma się małe dziecko - nie trzeba ganiać na dół po czajnik, albo wodę.

Obok domu jest duży sad. Już nie mogę się doczekać, aż położę się w hamaku w cieniu jabłonki. Ciekawe tylko, czy pogoda dopisze.

PS właśnie przeczytałam takie zdanie: "Staraj się nie wprowadzać teraz zbyt wielu zmian w życiu malca. Trzymiesięczny niemowlak to tradycjonalista. Jest spokojny, gdy wszystko wokół niego toczy się w ustalonym rytmie. Wizyta u babci na drugim końcu Polski, wyjazd na wakacje, a nawet przesunięcie pory spaceru czy zrezygnowanie z kąpieli mogą go bardzo wyprowadzić z równowagi".

Cóż... Zaryzykujemy.

PS2 Zdjęcia zupełnie nieostre, ale niech ktoś spróbuje nadążyć za Karoliną, gdy jest na przewijaku ;)



Dzieje się


W tym tygodniu dzieje  się tyle rzeczy, że nie mam czasu spokojnie usiąść i napisać parę słów na blogu (teraz korzystam z błogosławieństwa jakim jest elektryczny laktator i mam wolną rękę).

Nowości u Karoliny:
- pojawiły się łzy (szklane oczka)
- oczy zrobiły się niebieskie - po tacie
- pora aktywności i gadatliwości 3-6 rano!
- podnoszę pupę i nogi do góry
- wczoraj obróciła się na bok (kwestia przypadku, ale zapisać warto :P)
- bardzo interesują ją zabawki koło łóżeczka
- nauczyła się nie puszczać rozpuszczonych włosów mamy z ręki (ała!)
- ma okropne wzdęcia - puszcza bąki na prawo i lewo bez wielkiego wysiłku jak to było do tej pory

Co się działo?
- pierwsza wizyta w ośrodku wczesnej interwencji (niewielka asymetria do prawej, delikatnie wzmożone napięcie mięśniowe - rehabilitacja raz w tygodniu)
- wizyta u neurologa (OK, "Podoba mi się, ale ona nadal taka noworodkowa jest")
- ostatnia wizyta położnej (oficjalna ostatnia, i tak będzie do mnie przyjeżdżać ważyć małą poza patronażem - gratis, sama zaproponowała!)
- wizyta u pediatry - "Podoba mi się! Jak na wcześniaka jest bardzo fajna", ustalamy szczepienia
- ważenie małej - 3500 g!

Po zeszłotygodniowym skoku, jest już spokojniej, ale... Mała w końcu zaczęła mieć dłuższe fazy aktywności. Zabawiamy się nawzajem, spędzamy czas na przytulaniu, zabawie itp. Czasu na bloga zdecydowanie mniej. Dodatkowo malutka zaczęła jeść więcej - ok. 70-100 ml na karmienie (siedem razy na dobę) i - to najlepsze - moja laktacja dopasowała się do jej apetytu :P Przystawianie dało efekt.

Co planujemy?
- wyjazd do dziadków na wieś - na całe pięć dni całą naszą rodziną (hurra!)
- czytanie bajek (pierwsza próba za nami - bez ekscytacji ze story Karoli :P)
- pierwsze wizyty znajomych (powoli będziemy małą zapoznawać z obcymi)





Leczymy...


W piątek z wynikami badań udałam się do neonatologa. Niedokrwistość zwalczamy skutecznie większą dawką żelaza (poziom hemoglobiny wzrósł przez dwa tygodnie z 8,5 do 8,92). Niestety w kwestii zaburzeń wchłaniania fosforu nie jest tak dobrze.

Stosowane do tej pory wzmacniacze mleka mamy nie przynoszą już efektów. Mamy je stosować nadal (bo bez nich wyniki byłyby jeszcze gorsze), odstawić witaminę D i wybrać się do specjalisty zaburzeń metabolizmu w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka.

Będę tam dzwonić w poniedziałek, ale neonatolog w Tychach nie pozostawia złudzeń, że termin będzie szybki. Trzeba próbować.


Relaks

Byłyśmy dziś w szpitalu. Minęły dwa tygodnie i nastał moment, w którym dowiemy się, czy wyniki małej się poprawiły. Karolinka była jak zwykle dzielna. Po tej "wycieczce" nastała chwila relaksu - czy nie wygląda to, jakbyśmy były w niebie? :) Wielkie dzięki dla Ewy (i Niny) za pomoc!

PS wczoraj była położna - waga Karoli to 3210 g!


 


Tiaaa...


Natura jest mądra, jak mogłam w to wątpić. W nocy z biedą ściągałam połowę tego co zawsze i myślałam, że chyba tracę pokarm (szósty tydzień - ponoć wtedy wiele matek po cc, karmiących butlą traci pokarm). Co było robić? Po godzinnym odciąganiu 50 ml ;/ Trzeba było dodać sztucznego mleka - ile mnie to kosztowało stresu!

Rano budzę się z hmm... piersiami jak kamienie. Zastój, normalny, prawdziwy zastój. Wzięłam pryznic cieply, próbuję odciagać i co? I nic. Ani kropli. Gdy zaczęłam masować w kierunku brodawki mleko samo tryskało. Chwilę pomyślałam i okazało się, że coś nie tak musi być z laktatorem.

Guma, która tworzy podciśnienie zużyła się i pękła. Na szczęście miałam zestaw naprawczy i jak pociągnęłam, to w życiu takiej ulgi nie czułam. I teraz najlepsze - prawdopodobnie mleka cały czas miałam dość lub nawet więcej niż ostatnio (w końcu skok małej, większe zapotrzebowanie), ale głupia nie zorientowałam się, że sprzęt już nie domaga. Musiał całkiem paść, aby ja na to wpadła.

Teraz mam miękkie piersi po odciągnięciu (oj, bolało), supernówkę laktator ręczny, elektryczną medelę w drodze, spokój psychiczny, mleko w butelce dla małej. Ot, co!  

Skok...


Mamy gorsze dni...

Złowieszczy początek, co? Prawda jest taka, że mała w poniedziałek wkroczyła w szósty tydzień życia (wiek niekorygowany), a razem z przekroczeniem tej granicy, odmieniło się jej się troszkę. Ja tam w skoki rozwojowe nie do końca wierzyłam, ale mam w domu żywy przykład.

Zaczęło się od tego, że mała zaczęła dostrzegać coś więcej niż moją twarz i rzeczy położone 20-30 cm od niej. Skupiała wzrok na czarnych ścianach, na kontrastujących grafikach na białej ścianie, wodziła wzrokiem za cieniem ludzi. Myślałam, ho ho - dojrzewamy ;)

Potem dostrzegła ptaszki na poręczy łóżeczka i... tego było za dużo. Dodatkowo puszczamy jej muzykę bardo cicho - po wyjściu ze szpitala drażniła ją cisza. A na dobicie okazuje się, że nasza sypialnia, czyli jej pokoik, po południu - pomimo zaciągniętych zasłon - jest bardzo jasny. Widziałam, że ta ilość bodźców ją przerasta - zakrywała głowę kocykiem, odwracała wzrok od ptaszków.

Kolejnym etapem było ogólne rozbicie - takie "chciałabym, ale się boję". Jemy? Troszkę zjemy i zasypiamy. Odkładam do łóżeczka, a po pięciu minutach płacz. Jeść? Tulić się? Nosić? Zawsze któreś z tego repertuaru (na korzyść dla" 1/ cyc 2/ tulić 3/ nosić 4/ jeść). 

Je więcej, co zrozumiałe, ale dodatkowo je jeszcze sporo ponad normę dla jej wagi. Wiem, wiem - normy, normami, a życie życiem, ale do tej pory szła książkowo z ilością pokarmu. Nie muszę chyba mówić, że zwiększony popyt u mnie niestety nie wiąże się z większą podażą... Walczę, ot co!

Jedzenie - zrezygnowaliśmy z jednego karmienia nocnego, sama się budzi co 4 godziny, zamiast co 3. Teraz mamy siedem karmień na dobę, więc na każde z nich potrezba więcej mleka, a dodatkowo skok sprawia, że mała zjada zduuużo więcej. Mam nadzieję, że to długo nie potrwa, bo nie muszę chyba mówić, że u mnie zasada popytu i podaży nie działa jak należy (ze względu na karmienie butlą). Przystawiam ją na chwilę przy każdym karmieniu, walczę...

Doszły do tego wszystkiego wzdęcia - które nie dziwią, ponieważ je tak łapczywie, że łyka powietrze. Summa summarum - nadal jest aniołeczkiem, ale troszkę płaczliwym, zagubionym i potrzebującym mamy przy sobie.

Z nowych umiejętności - pięknie podnosi pupę i nogi, gdy leży na plecach. Składa rączki jak do modlitwy. Długo zatrzymuje wzrok na twarzach.




Ile cukru w cukrze?


Sobota - w końcu spędziliśmy ją w trójkę (niestety nie całą, Daniel musiał pojawić się w pracy). Po południu - zaraz po burzy postanowiliśmy wybrać się na spacer. Pogoda zrobiła się wyśmienita - ubraliśmy siebie, ubraliśmy małą i z wózkiem przed dom. A tam... nagle pojawiły się znowu chmury, zaczęło padać i wiać. Schroniliśmy się pod dachem altanki w ogrodzie - lepsze werandowanie niż nic. Ale, ale... kwiecień plecień... znowu wyszło słońce, chmury się straciły i wyszła tęcza. Pogoda poprawiła się na dobre.

Spacer w wiosennym słońcu, obserwowanie roślin po drodze, długie rozmowy i najpiękniejszy widok na śwecie - nasza mała. Cud, miód, orzeszki! Zdjęć brak - za każdym razem, gdy brałam aparat, pogoda była nie taka, nastroju do robienia zdjęć brak, a dziś... Pogoda piękna, nastroje wyśmienite tylko aparat został w domu ;)

Żeby post nie był pusty i smutny. Poniżej ujęcia, które obrazują, jak mała jest nasza MAŁA (parafrazując słynne "Ile cukru w cukrze") ;) 

 


Zając, przyjaciel królika

Wczoraj znowu odwiedziła nas babcia (moja mama) i jak zwykle nie pojawiła się z pustymi rękami. Mała dostała kilka przytulanek-ciumkadełek (w tym szyte przez nią - pokażę w innych postach). Na pierwszą próbę wybrałam królika/zająca. Malutka instynktownie przysunęła go do buzi i tak spokojnie sobie spała...

Dlaczego wybrałam akurat zająca/królika? Daniel do naszej małej mówi "Zajączku" ;)





Nasza zdolniacha


1. Dziś wybieramy się na pierwszy wspólny spacer naszą trójką. Pogoda koło 17 ma być u nas lepsza niż teraz - mniejszy wiatr i wyższa temperatura. Daniel cieszy się na tę premierę, ja również, nie da się ukryć :)

2. Malutka zaczyna więcej spać w nocy - budzi się koło północy, a później po czwartej. Przyjmiemy ten system i będziemy mieć siedem, a nie osiem karmień na dobę.

3. Pomimo że Karolka śpi prawie cały czas, zaczynają pojawiać fazy aktywności. Mała zainteresowała się książeczką i słoniem, który stoi przy przewijaku (podziękowania dla cioci Marty i wujka Kamila :) Zauważyła sowy, które przyklejone są na ścianie nad jej łóżeczkiem. Grzechotki jej nie zajmują.

4. Na jej twarzy coraz częściej pojawia się uśmiech, taki "pełną gębą". Uśmiecha się, gdy do niej mówię :)



6 tygodni!


JEDZENIE:

Nie chcę zapeszać, ale wczoraj i przedwczoraj pierwszy raz mała nie miała problemów ze zrobieniem kupy (tj. nie prężyła się przez sen, nie płakała, nie jęczała). Za to pięknie puszczała bąki ;) Bez wysiłku!

Zaczęłam więc myśleć, czego nie zjadłam, że dziecko takie odmienione. Kandydatów jest kilku: jabłko surowe (wiem, wiem, nie wolno!), ryż gotowany, marchew gotowana. Podejrzewam jabłko jako sprawcę.
Ale... prawda jest taka, że już tydzień jem bezmlecznie. Położna mówi, aby sprawdzić jabłko, a potem nabiał. Muszę upewnić się, jak z tym nabiałem działać, aby krzywdy dziecku nie zrobić, ale to za tydzień.

Postanowiłam rozszerzać swoją ubogą dietę - wiem, że małej nie szkodzi zielony groszek i winogrono :) Jutro próba z cukinią, a potem - nie powstrzyma mnie nic :P

NIEMOWLĘCTWO:

Nasza mała w poniedziałek skończyła sześć tygodni. Zleciało, nie powiem (ale dopiero te ostatnie trzy tygodnie w domu; w szpitalu ciągnęło się, oj, ciągnęło). Z każdym dniem dzieje się coś nowego - wczoraj Karola uśmiechnęła się w odpowiedzi na mój uśmiech (tzn. ja wierzę, że to był świadomy uśmiech, ale... kto to wie :P).

Inna data graniczna przypada na dziś - przypada termin mojego porodu. Karola świętuje podwójne urodziny. To od tej daty będziemy wyliczać wiek korygowany. Jest więc tak: Karolina ma sześć tygodni, korygowanych 0 :) To, co się wydarzyło do tej pory, ten czas wspólny to dar niebios, ot co. Tak miało być, mała miała się pojawić wcześniej, aby można było ją szybciej kochać, czyż nie? :)

Wczoraj odwiedziła nas znowu położna. W ruch poszła waga i... Fanfary! Mała waży... 2940 g, tzn. dziś pewnie już 3 kg. Z jednej strony, cieszą takie przyrosty, z drugiej, mamy niedokrwistość, a tak szybkie przybieranie nie służy małej w tej sytuacji. Nic to, nie ma się co martwić na zapas, jest dobrze :)

Jeśli chodzi o jedzenie - Karola wsuwa osiem razy na dobę ok. 60-100 ml mleka mamy. Ta skrajna 100 to rzadkość, ale zdarzyło się. I pomyśleć, że kruszyna zaczynała od 2 ml mojego mleka.

Faz aktywności nadal nie ma. Tzn. wieczorem, gdy wraca Daniel i zaczyna się nią zajmować, mała nie śpi od razu po jedzeniu, ale tylko chwilę. Większość doby jest przespana w łóżeczku lub kołysce, która stoi przy naszym łóżku. Czasami (tzn. raz na trzy dni) uda mi się położyć w ciągu dnia na godzinę, wtedy mała buja się w kołysce, a tak - pięknie zasypia w łóżeczku i tam spędza swoje drzemki.




Spacer!

Dziś pogoda nie zawiodła. Koło 13 było siedem stopni powyżej zera, więc po tygodniu werandowania wybrałyśmy się na spacer. Ale, ale... Co to za inauguracja bez odświętnej atmosfery? Aby było bardziej oficjalnie, na spacer zaprosiłyśmy babcię (jedną, bo drugiej nie udało się złapać).

Spacerowałyśmy po naszym osiedlu przez pół godziny. Chciałoby się więcej i - wierząc prognozom pogody - będzie więcej. Każdego dnia zamierzam wydłużać czas na dworze o dziesięć minut. Drżyjcie leśne zwierzęta, wasze ścieżki będą niedługo naszymi :)

      



Pytanie


Mam dylemat i liczę na to, że podpowiecie mi, co robić. 
Chodzi oczywiście o karmienie piersią, a dokładniej o to, co mogę jeść. 

Jak jest?

W szpitalu przez miesiąc jadłam wszystko, co mi podano. Tam nie miałam wglądu w pieluchę małej (dopiero kilka ostatnich dni, ale byłam tak podekscytowana, że nie zwróciłam uwagi, jakie kupy robiła) ani nie informowano mnie o problemach z brzuszkiem.

Po powrocie do domu starałam się jeść zdrowo, ale bez rygorystycznej diety. Drugiego dnia zaserwowałam... pstrąga uparowanego i się zaczęło. Mała miała bóle brzuszka i bardzo dużo śluzu w kupie. Położna powiedziała, że być może Karola nie była gotowa na takie specjały i żeby na razie odstawić. Po tym, jak mała miała bóle, zaczęłam świrować i zastanawiać się, co mogę jeść, żeby jej nie zaszkodzić (swoją drogą, tyle odpowiedzialności w macierzyństwie i jeszcze martw się, czy Twoje decyzje żywieniowe nie zaszkodzą dziecku...). Jadłam np. naleśniki z twarogiem i musem z jabłek. Po tym daniu pojawiła się wysypka i znowu bóle brzucha. Zaczęłam podejrzewać, że mała nie daje rady z nabiałem i... odstawiłam nabiał na tydzień (jutro minie). Co po tym terminie? Zjeść coś mlecznego i obserwować?

Gdy wyeliminowałam nabiał, okazało się, że tak naprawdę nie wiem, co jeść - tak niewiele "bezpiecznych" produktów zostało. Nawet jabłko (surowe lub świeżo wyciskany sok) powodowały, że kupki były śluzowate. Tzn. z moich obserwacji wynika, że tak może być, ale... przecież powód śluzu może być inny (jest on stale w kupie, ale po jabłku jego ilość się znacznie zwiększa). Wczoraj na obiad zjadłam... ryż, pierś z kurczaka upieczoną i marchewkę z groszkiem, do tego woda mineralna. Moja mama dziwiła się, że jeszcze nie mam anemii. 

Po groszku u małej pojawiły się gazy, ale nie zauważyłam, aby miała twardy brzuszek, nie płacze, kupa jest (fakt, że ze śluzem, ale jest).

Powód?

Zaczęłam drążyć temat i uruchomiłam szare komórki. Karola to wcześniak, więc jej układ pokarmowy nie jest do końca dojrzały. Niezależnie, co zjem, śluz w kupie jest- raz mniej, raz więcej. Wysypkę miała tylko po nabiale i pstrągu. Pytałam lekarza neonatologa o ten śluz - "póki kupa nie jest brzydka, nie martwić się". No niby tak, ale jak? ;)

Inna rzecz - natura jest chyba mądrzejsza od matek. Nasze mleko - niezależnie od diety - jest idealne dla dziecka, jaki jest więc sens katowania się dietą? Jakie macie poglądy i doświadczenia. Pomóżcie, bo zwariuję, jeśli nadal będę mogła jeść buraki, marchew, banany, jabłka, wędlinę, gotowana lub pieczone mięso drobiowe lub ryby morskie, chleb i biszkopty.

Zagraniczne źródła nakazują zbilansowaną dietę, pięć posiłków dziennie, zakaz papierosów i alkoholu. Ani słowa o ograniczeniu jakiegoś jedzenia. Wręcz namawiają do jedzenia kapusty - bo zdrowa. Czy w mleku mogą pojawić się składniki z kapusty, które powodują wzdęcia. Czy nie jest to przypadkiem loteria - raz dziecko ma problem, raz nie. Albo inaczej - dziecko ma stale problem, niezależnie od diety mamy.

Czy wasze dzieci też tak miały (śluz, prężenie po jedzeniu, gazy) - szczególnie wcześniaki? Czy znacie jakieś dobre źródło przepisów dla matek karmiących, bo się wykończę z tą marchewką (która, nota bene, powoduje zaparcia, bo zagęszcza kuki)...

Zdjęcie - nasze zapiski jedzeniowo-kupowe i pamiętnik małej.


Co u nas?


Umiejętności wcześniaków powinno się określać wg wieku korygowanego, tj. jeśli nasza mała urodziła się 25 lutego, a termin porodu miałam wyznaczony na 10 kwietnia to jej wiek to 6 tygodni, a korygowanych na razie 0, ponieważ jeszcze nie doszliśmy do daty porodu ;) 

Wiele wcześniaków nie zważa na wiek korygowany i idzie "normalnym" torem rozwoju. Karolinka jak do tej pory nie odstaje od rówieśników niczym poza wagą i wielkością. Oto jej umiejętności na tę chwilę:

- potrafi trafić kciukiem do buzi i ssie go, gdy jest głodna (nie udaje jej się ta sztuka za każdym razem)
- podnosi i przekręca swobodnie główkę w obie strony oraz podnosi się na przedramionach, gdy leży na brzuchu 
- w pozycji pionowej (np. do odbicia) trzyma główkę sztywno (przez chwilę)
- wyciąga rączki do przedmiotów i twarzy rodziców
- łapie rozpuszczone włosy mamy i się nimi bawi
- podczas karmienia butelką, chwyta ją obiema rączkami
- coraz częściej dłonie leżą swobodnie (zamiast być zaciśnięte w piąstki)
- wodzi wzrokiem za zabawką lub osobą chodzącą po pokoju (w drugim przypadku widzi cień tej osoby rzucany na nią od okna)

Jeśli chodzi o wyniki badań, które robiliśmy w tym tygodniu, nie jest bardzo dobrze, ale nie jest też bardzo źle. Okazuje się, że mała ma bardzo niski poziom hemoglobiny (trochę niższy niż inne wcześniaki wypisane razem z nią ze szpitala). Nie jest jedna tragicznie na tyle, aby robić transfuzję (dość standardowa procedura u wcześniaków). Zwiększamy dawkę żelaza i czekamy, czy podskoczy hemoglobina. Jakoś bardzo mnie to nie martwi, ponieważ podobnie jak żółtaczką, którą przechodzą wszystkie dzieci, istnieje coś takiego jak niedokrwistość fizjologiczna między drugim a trzecim miesiącem. Hemoglobina leci wtedy na łeb na szyję też u donoszonych dzieci, a u wcześniaków spada do poziomu 8, a my mamy teraz 8,5. Zobaczymy, jak będzie dalej.

Drugie wyniki dotyczyły wydalania fosforanów z moczem. Na podstawie wyników moczu i krwi wylicza się parametr TRP. Norma TRP wynosi do 95%, a my mamy w tej chwili 99%. Ale... W szpitalu było 99,9%, po wprowadzeniu ulepszaczy do mojego mleka spadło w ciągu tygodnia do 99,7%, a teraz po dwóch tygodniach od wypisu mamy 99%, więc jest tendencja spadkowa. Być może utrzymanie wspomagaczy wystarczy. Czym grozi wysoki współczynnik? Tzw. wcześniaczą osteoporozą, tj. osteopenią. Kontrola wyników za dwa, trzy tygodnie. Jak nie będzie dalszych spadków, musimy udać się do endokrynologa dziecięcego.

Dla zainteresowanych tematem niedokrwistości fizjologicznej wklejam link do ciekawego artykułu:

O wydalaniu fosforanów można poczytać tutaj:

Poniżej zdjęcie pt. "O taka długa już jestem - Karolina i jej zatrważające 43 cm wzrostu!"


Werandujemy...

Od poniedziałku się werandujemy. Zaczęliśmy od pięciu minut i każdego dnia wydłużamy o kolejne pięć. Jeśli pogoda pozwoli, w niedzielę wybierzemy się na pierwszy spacer. Mała po położeniu w wózku płacze dosłownie dziesięć sekund, a później spokojnie zasypia - rześkie powietrze jej służy :)


Padłam...


Samodzielna wyprawa do szpitala z dzieckiem w nosidełku i torbą zimową porą to czysty sadomasochizm... Gdyby nie moja mama, która pojechała z nami dziś do szpitala, chyba bym po pierwszej godzinie zbierała język z podłogi. Ale po kolei.

Rano przygotowałam torbę, ciuszki dla małej i nosidełko. Nie sądziłam, że ta wizyta w szpitalu przeobrazi się w wyprawę na Mont Everest, ale sądząc po ilości rzeczy, które musiałam zabrać, tak się czułam.

Małą nakarmiłam wcześniej niż zwykle, ubrałam siebie w wierzchnie okrycie i wzięłam się za ubieranie małej. Po pozbieraniu tobołów, ledwo powłócząc nogami, doszłam do garażu, gdzie pojawił się problem. Ponoć banalne przypięcie nosidełka pasami sprawiło mi olbrzymi kłopot. Summa summarum, zamiast o 9 15, byłam po moją mamę kwadrans później (co oznaczało, że zostało nam dosłownie 25 minut, aby pojawić się z małą w punkcie pobrań...).

Pod szpitalem chaos - nasypało śniegu, nie było wolnych miejsc parkingowych, ostatecznie, przy drugim podejściu udało się. Biegusiem do szpitala - zdążyłyśmy kwadrans przed zamknięciem. Miła pani wyczytała z wypisu, jakie badania są nam potrzebne. Inna przyszła pobrać małej krew. Karolina była bardzo dzielna! Ale... w jej unormowanym życiu rozbieranie z ciuszków to sygnał, że zaraz będzie karmienie, a tam... nic z tego. Chwilę popłakała i zasnęła w nosidełku.

Coś mi z tymi badaniami nie pasowało - pojechałyśmy na oddział neonatologii do lekarza prowadzącego w czasie pobytu w szpitalu. Okazało się, że brakuje kilku badań - mama biegiem do laboratorium, aby poprawić zamówienie, a my - do zabiegowego, ponieważ poprosiłam o osłuchanie małej. Ma okropny katar ostatnio, ale biały - więc jest to wynik zbyt wysokiej temperatury w mieszkaniu. Osłuchowo OK, oprócz tego kilka cennych informacji o karmieniu i... umówiliśmy się, że wyniki badań dostarczymy jemu, aby przeliczył, czy mała dobrze wchłania fosfor i wapń (z tym był problem w szpitalu).

Dlaczego jemu, a nie naszej pediatrze? Cytuję za nim "Gospodarka elektroliotowo-jonowa nie jest konikiem wszystkich pediatrów" (a w domyśle, nie każdy wie, o co chodzi). Cieszę się, że on się tym zajmie - przynajmniej będzie znał przypadek naszej małej.

To nie był koniec wycieczki - niestety. Musiałyśmy przejść do innej części szpitala i zarejestrować się do okulisty dziecięcego. Trochę to trwało, ale  porównaniu do tego, ile siedziałyśmy pod gabinetem, to nic. Moja mama zapytała lekarza, czy przyjmie Karolę bez kolejki, ze względu na wcześniactwo (a korytarze zapełnione chorymi ludźmi), niestety...  Gdy przyszła nasza kolej, małej zakropiono oczy i wyproszono nas z gabinetu na kolejny kwadrans. Po odczekaniu było badanie - średnio przyjemne dla małej (świecono jej w oczy ostrym światłem), ale ostatecznie wynik był w porządku. Mamy w siódmym miesiącu kontrolę, ze względu na to, że i ja, i Daniel nosimy okulary.

Wyniki z laboratorium będą jutro, jutro też lekarz powie, czy wszystko ok. Po powrocie do domu po trzech godzinach w szpitalu, po nakarmieniu małej, padłam na twarz... Już dawno nie byłam tak zmęczona (doszły do tego oczywiście nerwy i wspomnienia szpitalne). W takich chwilach podziwiam matki, które same taszczą te wszystkie toboły. Amen.

Pyzunia


Ta nasza mała powoli się wyrabia... ;) Dziś była u nas kolejny raz położna i zważyła Karolinę. Jakie było moje zdziwienie, gdy na wadze pojawiła się wartość - 2660 g.

2660 g!!! Przecież osiem dni temu ważyła 2280 g. Ja wiedziałam, że wcześniaki szybko nadganiają, ale żeby a tak? Bardzo nas to cieszy. Karola je z dnia na dzień coraz więcej, teraz jeszcze to widzę, ponieważ podaję jej moje mleko w butelce (z różnymi specyfikami farmaceutycznymi). Średnio na jedno karmienie (a jest ich osiem na dobę) zjada od 50 do 80/90 ml. Nie wiem czy to dużo. Je? Je - i to jest ważne.

Na razie wzrost wagi widoczny jest w grubszych niż dotychczas rączkach i nóżkach. Dłonie też zrobiły się bardziej pulchne, teraz gdy obejmuje mój palec, zajmuje już duuużo więcej miejsca ;) Gdy przypomnę sobie te malutkie, chudziutkie jak zapałki i przezroczyste paluszki z inkubatora, ciężko mi uwierzyć, że minęło dopiero pięć tygodni.

Tak, tak - moi mili - Karolina dziś o 19 45 będzie świętować piąty tydzień na świecie. Z tej okazji szykujemy niezwykle uroczystą kąpiel małej i odśpiewane na dwa głosy sto lat :)




Nie ma jak u... taty


Jutro powrót do normalności - Daniel do pracy, a my dwie dziewczyny będziemy spędzać dnie sam na sam. Malutka na razie świetnie "współpracuje" i  opieka nad nią to przyjemność (często z Danielem licytujemy się, czyja teraz kolej - ale, ale... tylko w dzień :P).

Zastanawiam się dziś, jak to będzie wyglądało. Malutka niby ma drugi miesiąc, ale jako wcześniak musi jeść regularnie (również w nocy), musi baaaardzo dużo spać (nie ma na razie innych aktywności poza zmianą pieluchy, kąpielą i jedzeniem). Na spacery na razie też mamy nie wychodzić (za oknem pół metra śniegu). Lekarka przyzwoliła na spacer, gdy temperatura osiągnie ok. 5-10 stopni na plusie, a więc... nieprędko. Odwiedziny też mamy odroczone co najmniej do końca kwietnia. Poza dziadkami, prababcią i wujkiem z ciocią, nikt do niej nie zaglądał.

Spacerów nie możemy uskuteczniać, ale musimy rozpocząć maraton po specjalistach. W środę czeka nas okulista oraz pobieranie krwi do badań. Problem polega na tym, że w Tychach nikt nie chce pobierać krwi od tak małego dziecka. Pozostaje nam izba przyjęć szpitala, ale tamtejsze warunki nie są najlepsze. Mamy też przykaz, aby zbadać mocz i tu mam pytanie - czy mam kupić i sama założyć woreczek na mocz, czy zrobią to w szpitalu i po prostu poczekamy, aż Karola zrobi siku? 

Poniżej kilka zdjęć z porannego karmienia. Karolina w rękach taty :)






Tekst alternatywny