Jest siara!


Siara z każdym odciągnięciem pojawia się w większej ilości - około 3 ml ostatnim razem. Patrząc na to, że mała je teraz 10-12 ml, jest to dużo :)

Odciągam z coraz większą satysfakcją, za każdym razem jest trochę więcej i wiem, że lada dzień powinno pojawić się mleko, prawda?

Tina! Jesteś wielka wiesz? Dziękuję za sprzęt, za rady, za wsparcie :) Piję herbatki laktacyjne (z Tekanne ziołowe), jem sporo nabiału, relaksuję się i patrzę na zdjęcia małej (nie mogę odciągać na sali, gdzie jest inkubator).

A przed chwilą? Wchodzę do małej, aby przekazać położnym siarę (bo jednak biorą), a ta... zacięcie ssie palucha! Matko, jak się cieszę :)

Co nowego?


Dziękujemy wszystkim za wsparcie, dobre słowo, SMS-y i telefony. Powoli dociera do mnie, że jesteśmy na świecie w trójkę. Dziś powiedziałam lokatorkom z sali szpitalnej, że w sumie to czuję się, jakbym to nie ja urodziła, ale że lekarze mi ją urodzili. Rach ciach i Karolina jest na świecie. Jeszcze z czułością pogłaskałam dziś brzuch ;)

Odpowiadam na pytania o mój stan - nie ominął mnie dół drugiej doby po porodzie. Wczoraj nastrój był okropny, dodatkowo wzmagał go brak pokarmu (do tej pory walczę - pobudzam brodawki laktatorem co trzy godziny i już widać pierwsze efekty -noszę małej siarę do karmienia). Nie potrafiłam odpocząć, przesadziłam z chodzeniem, co odchorowałam w nocy. Dziś ustaliłam, że muszę poza obecnością przy Karolinie też wypoczywać i stąd możliwość napisania posta z informacjami.

Co z Karolinką? Jest najcudowniejszym dzieckiem na świecie (oczywiście, każdy rodzic to powie) :) Jest śliczna, samodzielnie oddycha, je ze smoka mleko sztuczne, ze strzykawki moją siarę i przez sondę pokarm jakiś w płynie. Wczoraj zaczęła wsadzać paluszki do buzi i ssać oraz chwytać mój palec i tak spać :)
Dziś stroiła miny jak jej tata ;) mlaskała, ziewała i robiła wszystko to, co wyrośnięte niemowlaczki w trakcie snu.

Moje gorsze samopoczucie wczoraj wynikało też z faktu, że lekarka pediatra powiedziała niewiele - stan jest dobry, w wynikach krwi tracą się płytki krwi - ja cała w strachu, o co chodzi. Znalazłam artykuł medyczny na ten temat i okazało się, że większość wcześniaków tak ma prze pierwsze 72 godziny życia - potem mija lub się to leczy np. transfuzją płytek krwi. Trochę mnie to przeraziło. Pod wieczór byłam strzępkiem nerwów. Dołożyły się do tego nieprzyjemne położne na oddziale neonantologii, które robiły nam problem ze szczepieniem małej swoją szczepionką na wzw b (opowieść na kiedyś indziej, teraz Karola jest najważniejsza) oraz nie przyjęły wieczorem mojej siary, mówiąc "niech pani wróci z pokarmem"...

Dziś zaświeciło słońce! Dziś mam wiarę, że będzie dobrze. Dziś rozmawiałam z ordynatorem, który mnie uspokoił. Powiedział, że stan jest stabilny, że wyniki są ok (zapytałam o te płytki - "no przecież spadek nie jest tragiczny, obserwujemy i będziemy myśleć"). Nie muszę mówić, że odetchnęłam, prawda? Jego ton głosu był spokojny, oczy się śmiały, gdy mówił, że przez Karolinę nie spał pół nocy (był przy porodzie i potem ją badał). Powiedział, że kangurować  będę mogła, gdy małej wyciągną sondę z pępka. Teraz mamy dużo do niej mówić i ją głaskać, co robię, gdy tylko mogę.

Przepraszam, że piszę tak chaotycznie, ale wiele rzeczy się nawarstwiło. Malutka wygląda na zrelaksowaną, spokojnie sobie śpi, czasami przeciąga się, ziewa, strzela minki... Cudo!

PS Karolina jest już oficjalnie obywatelem RP - od wczoraj mamy jej akt urodzenia!


Karolinka


W poniedziałek, 25 lutego 2013 o godz. 19 45 prze cesarskie cięcie na świat przyszła nasza córka Karolinka. Ponoć krzyczała w niebogłosy, gdy lekarze wyciągali ją z mojego brzucha. Dostała 10 punktów (choć pediatra żartował, że chciałby więcej, a nie ma już skali). Długość 42 cm, waga 1580 g.

Od chwili narodzin przebywa w inkubatorze, gdzie ma odpowiednią temperaturę i wilgotność powietrza. Oddycha sama, ssie pokarm z butelki. Jesteśmy dobrej myśli. 

Od lekarzy ciężko cokolwiek wyciągnąć (mówią, że sytuacja zawsze, w każdym przypadku tak małego dziecka, może się odmienić w chwilę). Wiemy, że trzeba cieszyć się każdym dniem - bo na razie radzi sobie świetnie. Zdjęcie poniżej zrobił Daniel zaraz po porodzie. Dziś mała jest już wykąpana, skóra nabrała innego odcienia. Wykapany tatuś.


Internista


Pani internistka z wczorajszej konsultacji wieczornej nie podjęła decyzji w sprawie heparyny. Dziś miałam dodatkowe badania (dodatkowe poza codziennymi, zlecone przez nią) i po mojej rozmowie z lekarzem dyżurującym, w której pytałam, jakie decyzje zostały podjęte, pojawił się na konsultacji inny internista - ordynator. Młoda lekarka chyba nie chciała samodzielnie decydować.

Położne były niemiłe, gdy rozmawiałam z lekarzem dyżurującym (przed wizytą ordynatora z interny), któremu przypomniałam, że decyzje w sprawie leków przeciwzakrzepowych muszą paść dzisiaj, aby cięcie mogło odbyć się we wtorek. On nie miał nic przeciwko mojemu "wtrącaniu się", ucieszył się, bo prawie to przegapili, ale położna... Przyszła do mnie na salę i zapytała, czy "jestem zadowolona z odpowiedzi pana doktora?". Ręce mi opadły.

Ja cenię te panie, służą mi pomocą, są dzień i noc, ale niestety nie zastosowałam się do rady jeden z nich, aby w niedzielę sobie odpuścić i jutro gadać jak pojawi się ordynator. To nic, że jutro będzie za późno... Jak sobie człowiek sam nie przypilnuje działań, to pewnie cięcie miałabym dopiero w czwartek, a to może być dla nas za późno.

Nie będę więcej narzekać - absurdów jest pełno w szpitalu. Jedno wiem - słabe jednostki mają przechlapane.

Internista po długiej rozmowie i badaniu włączył mi od razu leki przeciwzakrzepowe (łagodniejsze niż heparyna) - pierwsza dawka już za mną... Podała mi ją położna, która była zaskoczona tempem działań.

Czuję się dobrze, czekam na ktg Karoliny (trzy razy dziennie), aby zobaczyć, czy z nią wszystko dobrze. Jutro usg z przepływami - mam nadzieję, że wtorek to naprawdę optymalny dzień i nic się nie wydarzy do tego czasu.

Decyzje lekarskie


Witam w niedzielny poranek. Jak dobrze móc napisać, że jeszcze jesteśmy we dwie. Wczorajsze wyniki krwi ni były zbyt zadowalające dla lekarza dyżurnego - jakieś rozpady krwinek się potwierdziły i stwierdzili, że jest ryzyko zakrzepów przy cesarce... Jakby wszystkiego było mało.

Od razu posłali mnie na konsultację do internisty. Pani doktor przeprowadziła dokładny wywiad, sprawdziła wyniki badań krwi  tygodnia, osłuchała itp. Potem powiedziała ginekolożce, że musi się zastanowić. A teraz pytanie nad czym?

Okazało się, że moja krew może tworzyć skrzepy. Normalny tor działania to: podanie dwa dni leków na rozrzedzenie krwi, odstawienie tych leków na dzień przed operacją i wio do przodu. Ale u mnie.. ciężko stwierdzić, czy dotrwamy do wtorku, a gdyby trzeba było wcześniej ciąć, to z lekami nie wolno. Lekarka słusznie powiedziała, że sprawa jest trudna... wczoraj do północy nie pojawiła się jej decyzja...

Dziś znowu trzykrotne kłucie - czekam na obchód, być może internistka podjęła decyzję (jeśli okaże się, że mam brać heparynę na rozrzedzenie krwi, to musimy zacząć od razu).

Coraz dobitniej widzę, że lekarze naprawdę zastanawiają się nad naszym przypadkiem - nie ma przypadkowych decyzji, jest mnóstwo konsultacji  innymi specjalistami, badania dwa razy dziennie. Mam nadzieję, że widzą, co robią... Komuś trzeba ufać.


Wyniki dotarły


Są moje wyniki krwi i moczu - białko spada, ale nie bardziej niż wczoraj, więc jest ok. Ale pojawiły się jakieś rozpady krwinek (nie dociekam, nie jestem lekarzem). Wieczorem to skontrolują. Dziś mam odetchnąć. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, mogę spać spokojnie. Wyniki wieczorne pokażą, kiedy idziemy pod nóż. Zdaniem lekarza dyżurnego w poniedziałek, może wtorek.

Daniel był w Krakowie, wrócił i jak szalony zjeździł całe miasto w poszukiwaniu pieluch dla wcześniaków. Udało się dopiero w piątej aptece i tak muszą je sprowadzić specjalnie. Robi ostatnie zakupy i składa torbę do porodu - dla mnie, dla małej i dla siebie.

Została jeszcze kwestia zakupy butelki i sns medeli - nie wiem, czy uda się przez weekend w Tychach. Poza tym, chłop mój musi w pracy załatwić wolne - sytuacja jest dość niespodziewana, a szefa cały tydzień poprzedni nie było. Mam nadzieję, że uda się wszystko tak pochwytać, aby on mógł być z małą cały ten czas, gdy ja będę dochodzić do siebie.

Miałam dziś doła  powodu tekstu jednej  położnych - rano wezwała mnie na kolejne pobieranie krwi (już nie na białko). Okazało się, że potrzebne są na jutro pełne badania do operacji. I tu padło jej: "To co, jutro będą panią ciąć? Przecież dziecko jest za małe...". Płakać mi się zachciało - praca rodziny, znajomych, lekarzy poszła w nicość. Nie potrafiłam się do południa pozbierać. Na szczęście ze strony innych położnych mam wsparcie. Podobnie od rodziny i przyjaciół.

Trzeba wierzyć, co nam pozostaje. Karolina jest twarda - musi dać radę ;) Musimy obie dać.

Jeszcze w dwupaku


Noc minęła spokojnie - ciśnienie jak na mnie super: wieczorem 145/85 i 140/90 rano. Dziś znowu badania moczu i krwi na poziom białka. Jest to w tej chwili jedyny wyznacznik szybkości, z jaką należy wykonać cięcie. Chyba że pojawią się inne objawy już rzucawki, ale... na razie lekarze odsunęli je na dalszy plan.

Proszę grzecznie trzymać kciuki, aby poziom białka nie spadał! Dziś nie jestem gotowa na przywitanie Karoliny, no nie i już. Usiedliśmy wczoraj z Danielem na ławce przed oddziałem i mimo całej tej sytuacji trudnej wierzymy, że będzie dobrze, wierzymy, że damy sobie ze wszystkim radę, ale... nie wierzymy, że najpóźniej we wtorek zobaczymy naszą córeczkę. Wiemy, że będzie wyglądać inaczej niż wszystkie dzieci, wiemy, że nie dopatrzymy się w niej podobieństwa do nas, bo będzie z dnia na dzień się zmieniać. Ale tylu rzeczy nie wiemy.

Aby nie marnować czasu i dowiedzieć się czegoś więcej o porodzie przez cesarkę, o opiece nad naszym wcześniaczkiem, co przygotować itp., wybraliśmy się na oddział neonantologii i położnictwa. Na wcześniakach pani doktor oglądała akurat "M jak Miłość" i chciała nas zbyć tekstem, że i tak wszystkiego dowiemy się po porodzie. Na szczęście nie sposób mnie zbyć, a teraz już szczególnie i powiedziała, że są oddziałem II stopnia referencyjności opieki nad wcześniakami i trafiają do nich przypadki od 1500 g (profesor mówił mojemu lekarzowi nawet o 1250 g) i od 32 tygodnia, więc Karolina się kwalifikuje. Mówiła też, że czasami większe dzieci sprawiają więcej problemów niż te okruszki, więc głowa do góry i będą badać dziecko i nas informować.

Na oddział wejście mają jedynie rodzice dziecka, ale za to 24 h na dobę (położne ponoć od nas dowiedziały się o tym prawie ;/ eh znowu polskie podejście, że tylko mama to pełnoprawny rodzic). Przekonałam je, że jeśli będą robić problemy, pani doktor potwierdzi, że tata też może wchodzić kiedy chce.

Pytałam o kwestie karmienia - jak uruchomię laktację (w co położne wątpią, ech), to mogę donosić pokarm. Za radą Tiny zaopatrzymy się w akcesoria ułatwiające karmienie dzieci z medeli SNS (panie nie miały o tym pojęcia, tak samo jak butelkach ze smoczkiem do aktywnego ssania). Może ktoś uzna, że zajmuję się pierdołami w takiej ważnej, nerwowej chwili, ale uwierzcie mi jeśli teraz tego nie zrobimy, później nie będzie czasu. Pojawią się nerwy o zdrowie małej, ja będę w połogu itp.

Mam nadzieję, że ten wtorek będzie dobrym dniem, że dotrwamy. Lekarz na wieczornym obchodzie znowu zaznaczył, że wtorek to baaaardzo optymistyczna opcja. Trzymamy kciuki, tak?

Być może dotrwamy...


Dziś miałam badanie przepływów i usg. Wieści dobre - przepływy w normie - mała dostaje tlen i jedzenie w takich ilościach, w jakich powinna - hurra! Wg innego lekarza, ale na tym samym sprzęcie - mała urosła i ma teraz 1737 g. Jeśli dotrwamy do wtorku może przekroczy 1900 g? Jakoś zaczynam w to wierzyć. 

Potwierdził, to co moj lekarz mówił od początku ciąży - termin wg OM i termin z USG jest różny. U nas trzeba patrzeć na ten drugi, Karolina jest mniejsza niż wykazywałby jej wiek wg USG, mimo to nadal mieści się w normach najniższych centyli. Główka i nóżka - 33 tydzień, czyli wg OM, brzuszek mniejszy 30 tydzień i to on zaniża nam wagę i obniża ułożenie w siatce centylowej.

Lekarz od USG nie został wtajemniczony w kwestie cesarki i mówił, że małą możemy z takimi przepływami i  łożyskiem (2/3 stopień dojrzałości) trzymać w brzuchu pod kontrolą jeszcze tydzień i dłużej. Przypomniałam mu jednak, że decyzja o cesarce jest nieodwołalna ze względu na moje wyniki krwi i moczu oraz ciśnienie.

Potwierdził mi to zaraz lekarz dyżurny, który po otrzymaniu kompletu dzisiejszych badań na moją prośbę pojawił się u mnie i wyjaśnił, jak wygląda moja sytuacja. Wcześniej z krwi traciło się białko (które uciekało przez mocz). Dziś sytuacja jest nieco lepsza - w krwi białko podniosło się (jem wg diety wysokobiałkowej, dokarmiania przez mamę, babcię, ciocię, męża), a moczu ucieka, ale też ju nie tak drastycznie. jakieś enzymy wątrobowe, które spadały, unormowały się, więc...

Jego zdaniem możemy liczyć się z tym, że jeśli wyniki przez weekend drastycznie się nie pogorszą, dotrwamy z Karoliną do wtorku.

Czekam na ten wtorek jak skazanie, ale i wybawienie jednocześnie. Lekarze boją się, aby nie dopuścić do rzucawki, śpiączki i innych gorszych rzeczy. jestem pod stałą opieką - trzy razy dziennie ktg, ciśnienie co najmniej 3 razy (więcej na  życzenie), codziennie krew i mocz aby obserwować parametry świadczące o postępie zatrucia. 

Boję się o małą, ale wierzę, że będzie w tej grupie noworodków, które rodzą się większe niż wykazuje usg (choć wiemy, że zdarzają się pomyłki w drugą stronę, ale nie chcę nawet o tym myśleć).

Waga w okolicach 2 kg to nie tylko większe szanse na przeżycie, ale też zdrowie małej i możliwość szybszego przejęcia nad nią opieki i karmienia (jeszcze w szpitalu).

Zaraz idziemy z Danielem dowiedzieć na oddział neonantologii jak wygląda tutaj kwestia opieki rodziców nad wcześniakami, czy jest kangurowanie i karmienie mlekiem mamy, czy możemy być przy małej tyle ile chcemy itp. Myślę, że oswojenie się z tą sytuacją dobrze zrobi nam obojgu (planuję też pytania na położnictwie - m.in. o opiekę mężą nade mną) oraz na porodówce (jak wygląda poród wcześniaka i rola taty w takim wypadku).

Dziękuję już tutaj dziewczynom, które piszą mi masę porad na temat cesarki i laktacji.
Muszę uciekać - mam nadzieję, że jeszcze coś napiszę i dotrwam do wtorku.

Cięcie


W nocy miałam skok ciśnienia - 160/110 pomimo sporej dawki leków. A zaczęło się od kołatania serca, które zgłosiłam na obchodzie lekarce wieczorem. ignorowała to, nie zleciła nawet badania ciśnienia, bo... się spieszyła (a mojego lekarza na nieszczęście nie było). Po dwóch godzinach przyszła pora na ustalone mierzenie ciśnienia i zaczęło się gorączkowe bieganie położnych. Taki skok oznacza bowiem, że zatrucie postępuje i możliwe, że zaczną się gorsze rzeczy, o których pisać nie będę.

Konsultacja z lekarzem, decyzja o mocnej dawce leku w kroplówce, cała noc pod "kijem" i powoli ciśnienie zaczęło spadać do poziomu sprzed skoku czyli 130/90 (po drodze pojawiło się nawet 120/80). Położne co godzinę wybudzały mnie na mierzenie. Rano przed obchodem przed moim łóżkiem stanął mój lekarz, który nie miał dziś dyżuru - zaalarmowany przyszedł dowiedzieć się, co się stało. Zapoznał się z moją opowieścią, z opowieścią personelu i zwiększył mi dawkę leków na nadciśnienie. Uprzedził, że konieczne jest ostateczne rozwiązania (cesarka), ale termin podamy po wynikach, na które wszyscy czekali dzisiaj.

 Potem był obchód - lekarz, który wczoraj chciał mnie wypisać, dziś spędził nam moimi papierami 10 minut i powiedział, że teraz to już nigdzie nie pójdę i... mam dziś być na czczo, ponieważ jeśli wyniki krwi i białka w moczu wyjdą złe... kroimy się już dziś. Czekanie na wyniki... okropne. Okazało się, że nie krew w porządku, nie wskazuje na najgorsze. Znowu przyszedł do mnie mój lekarz - spokojnie wyjaśnił, że dziś będzie operacja, jeśli białko wyjdzie skrajnie źle. Trzeci raz przyszedł już z wieściami o białku - jest źle, ale ma nadzieję, że dotrzymam do wtorku, bo wtedy to on chciałby robić cesarkę. Każdy dzień się liczy i takie takie, ale pani dobro jest też ważne - dziecko sobie poradzi itp. itd. Okazało się, że był u ordynatora oddziałku neonantologii rozmawiać o mnie i Karolince. Ordynator zapewnił, że z taką wagą i po 32 tygodniu powinni sobie poradzić. Mój lekarz uspokajał mnie, że nie może dopuścić do sytuacji, w której tylko jedna z nas wyjdzie z zatrucia bez szwanku - lepiej wcześniak z dobrą opieką i zdrowa mama, niż donoszone dziecko i możliwe komplikacje po drodze.

Trudny to temat - nie mi rozstrzygać. Boję się o małą - ale trzeba wierzyć, że lekarze wiedzą co robią. teraz jestem pod stałą kontrolą ktg, ciśnienia (na życzenie, gdy gorzej się czuję), leki zmniejszyły mi ciśnienie, miałam mieć przepływy (czwarta wizyta mojego lekarza u mnie, ale ktoś zawalił terminy dzisiaj, jutro powinno odbyć się badanie), była też konsultacja okulisty. Cieszę się, że mój lekarz tak dba o swoje pacjentki (widziałam go w innych przypadkach), nie starszy, ale też nie opowiada bajek - mówi jak jest i czego się spodziewać.

Teraz jestem na bomba zegarowa - modlę się, aby dotrzymać do umówionego terminu we wtorek, to obniżone ciśnienie daje mi wiarę, ale... w każdej chwili mogę iść pod nóż. Ja to ja - pal licho, dam sobie radę, ale młoda... wierzę, że urosła, wierzę, że jest silna, wierzę, że jest zdrowa i da sobie radę w inkubatorze.

Meldunek ze szpitala


Od soboty jestem w szpitalu, dziś dotarła do mnie cywilizacja i mam połączenie z internetem. Co się wydarzyło? Po wielu badaniach potwierdzono zatrucie ciążowe (obrzęki, białko w moczu i nadciśnienie). W szpitalu pojawiłam się, gdy ciśnienie skoczyło do 130/110.

Od paru dni dostaję tabletki na nadciśnienie try razy dziennie, a mimo to ciśnienie mam stale na granicznym poziomie 140/90 i czasami więcej (tylko raz niżej). 

Zanim we wtorek pojawił się mój lekarz na dyżurze, musiałam na każdym obchodzie (rano i wieczorem) tłumaczyć się, dlaczego postanowiłam pojawić się w szpitalu... To nic, że na skierowaniu jak byk stało gestoza + podejrzenie wstrzymanego wzrostu dziecka w macicy.  Każdy podejrzewał, że przesadzam, ale wyniki laboratoryjne i usg wykazały, że mój lekarz się nie mylił; We wtorek na spokojnie usiadał z moimi wynikami, pogadał z innymi lekarzami i postanowili, że na pewno zostaję w szpitalu.

W przyszły wtorek mam kontrolne usg Karoliny (czy rośnie i jak wyglądają przepływy w pępowinie). Od soboty, gdy robili mi usg "na start" do poniedziałku, gdy je powtarzali, okazało się, że mała przybrała 120 g. wiem, że takie wyniki są średnio miarodajne, ale sobotnie usg wykazało dokładnie taką samą wagę, jak u mojego ginekologa w piątek (czyli 1485 g). Po cichu liczę, że mała zawzięła się i postanowiła rosnąć. Przepływy były w porządku. Dzieciątko mieści się jeszcze w normach (przy 10 percentylu), ale jest mała jak na to, jak do tej pory rosła - boją się, że wyhamowała wzrost. Ja wierzę, że będzie dobrze.

Martwi mnie ciśnienie - pomimo dużej dawki leków (3 x na dzień) mam granice wartości, nawet po przebudzeniu na leżąco. Mamo Rysia, napisz mi proszę coś więcej o Twoim nadciśnieniu. Lekarz nie należy do śmieszków i pocieszycieli, wali prosto z mostu. Na pytanie, czy mam się martwić tym ciśnieniem, mówi, że martwić nie, ale że teraz jest jak z bombą zegarową - czekamy - miejmy nadzieję, że Karolina zdąży podrosnąć zanim moje ciśnienie będzie już nie do opanowania. 

Staram się nie martwić - bo zmartwienie podnosi ciśnienie. Staram się nie czytać forów, chyba że same pozytywne historie. Raz wierzę, że będzie dobrze, potem znowu się martwię. Trzymajcie kciuki za nas. 


No to szpital...


Wczoraj już nie miałam siły pisać - wizyta była późno. Z gabinetu wyszłam ze skierowaniem na oddział patologii ciąży (mam się zgłosić we wtorek, chyba że...).

Szyjka ok, macica się podniosła. Na USG wyszło, że mała mieści się jeszcze w normie, ale jest na samym dole granicy siatki centylowej (na 32 tydzień ma 1480 g, średnia to 1800). Lekarza to zaniepokoiło, bo wychodzi na to, że przez miesiąc przybrała na wadze tylko 400 g.

Nie to jednak jest powodem skierowania do szpitala. Okazało się, że mam wysokie ciśnienie (mierzyłam w domu, ale wyniki na poziomie 120/80 nie robiły na mnie wrażenia). Położna zauważyła, że przy początkowym ciążowym ciśnieniu w granicach 80/60 i niewiele więcej, wzrost jest znaczny i zaalarmowała lekarza. Ten bez gadania, patrząc na to, że mam obrzęki okropne, skierował mnie do szpitala.

Szykuje się leżenie do porodu, który... odbędzie się wtedy (przez CC), gdy ciąża będzie zagrożeniem dla małej lub dla mnie. Staram się myśleć pozytywnie - serio, ale rano zmierzyłam jeszcze w łóżku ciśnienie i... 124/85. Jak powtórzy się wynik w południe, rozważę udanie się do szpitala jeszcze dziś, bez czekania na wtorek (wtedy dyżur ma mój lekarz i to on chciał mnie przyjąć na oddział).

Na szczęście mała dobrze i często się rusza - o co kilka razy pytał lekarz. Wody płodowe i łożysko ok.
Pozostaje mi teraz spakować torbę - znowu - i mierzyć ciśnienie. Gdy wynik będzie wysoki - na IP.

32w 2d!


Nie mogę napisać "Minęło jak z bicza strzelił"... Trochę daje mi się już we znaki trzeci trymestr, a gdzie tam do końca. Wczoraj zmierzyłam obwód brzucha (po komentarzach Daniela, który nie widział mnie trzy dni,  i moich rodziców, że chyba brzuch jest podniesiony i większy). Wstyd, wstyd, wstyd!

Obwód brzucha na wysokości pępka w 32w 1d ciąży wynosi:

110 cm!

Co jeszcze się zmieniło od ostatniego podsumowania?

- wieczorem męczą mnie duszności (muszę długo szukać pozycji, aby zasnąć)

- sporadycznie pojawia się zmora ciężarnych... zgaga

- obrzęki to moje największe zmartwienie (nawet po pobudce wyglądam jak ludzik Michellin) - na szczęście nie ma innych niepokojących objawów mogących świadczyć o zatruciu, codziennie wspomagam się mrożonkami, aby doprowadzić twarz do jako takiego wyglądu

- młoda rzadziej kopie, a częściej "ociera się", wygina ciałko, wystawia pupę :)

- moja aktywność ogranicza się do codziennych zakupów w pobliskim spożywczaku (całe 7 minut pieszo w jedną stronę), przy dłuższych trasach moje nogi zmieniają się w baniaki

- co ciekawe, mam ochotę robić różne manualne rzeczy

- humor dopisuje (mam nadzieję, że dzisiejsze USG nie zmieni tego stanu rzeczy)

- na pytanie "Czy boisz się porodu?" jeszcze mówię "Będzie, co ma być", ale wiem, że to się zmieni :P


Ponieważ nie zrobiłam zdjęcia poglądowego mojego wielkiego brzucha, wrzucę zdjęcie podziękowanie dla Żanety Takiejtyciej :) Wygrałam u niej prezent niespodziankę w poście o tranie i paczuszka właśnie do nas dotarła... To niesamowite, że ktoś zupełnie obcy jest w stanie włożyć tyle serca w przygotowanie listu dla drugiej osoby. Cudeńka - dla każdego coś miłego: słodkie (lizak mniam), zdrowe (cuksy z szałwią), piękne (karteczka z sową) i przydatne (magnes na lodówkę z... moim zdjęciem!). Dziękuję bardzo!






Delegacje...


Uh! Zła jestem i jeszcze nie wiem, co... Dziś wieczorem mieliśmy umówione od dwóch tygodni USG Karoliny - ważne, bo w 32. tygodniu, bo lekarz miał orzec, czy młoda podgoniła z wielkością, czy macica się podniosła i...

Badanie pewnie się odbędzie, ale Daniel nie zdąży dojechać. Od wtorku jest w delegacji. Miał wrócić wczoraj, okazało się, że muszą odwiedzić jeszcze jedno miasto. Teraz zostało im do pokonania 630 km po polskich drogach. Trasa na 8,5 h, a jeszcze spotkanie w Lesznie i obiad. Czarno to widzę.

Oczywiście przełożyć wizytę na jutro jest niemożliwością, a w poniedziałek... To ja tyle nie wytrzymam chyba ;) Nic to, niech gna, niech znak da. Gdy będzie blisko godziny 0, będę musiała podjąć decyzję. Daniel do tej pory był na każdej wizycie, na której mógł pooglądać małą. Nie wyobrażamy sobie oboje, że opuści tę dzisiejszą.

I jak tu znaleźć dobre rozwiązania?

PS Z tą złością, to wypaliłam dla efektu dramatycznego :P W sumie, to śmiać mi się chce, bo czuję się jak bohaterka jakiegoś taniego serialu ;)

Miłego dnia!

EDIT - pani położna stanęła na rzęsach i mamy wizytę jutro po ostatniej pacjentce :) Żeby było śmieszniej, dzisiejsza wizyta umówiona była na 18 20, a Daniel wrócił o... 18. Zdążylibyśmy, ale... Nie było potrzeby :)
Oboje się cieszymy, że będziemy we dwójkę na badaniu, ponieważ to jedna z ostatnich możliwości obejrzeć ją sobie dokładnie jeszcze w brzuchu :D


Pajace w ZOO


Pomiędzy ciążowymi tematami bardzo ważnymi (tj. szczepienia, wybór pediatry, jutrzejsza wizyta u gin.) staram się robić coś prostego, przyjemnego i po części użytecznego. Ponieważ nadal nie wypalił się we mnie zapał do malowania na tkaninach, postanowiłam nudne pajace zmienić w pajace zoologiczne.

Żeby nie było, że jestem taka twórcza - wzory zwierzątek znalazłam na pinterest.com. Trochę pomachałam ołówkiem, a potem patyczkami kosmetycznymi elegancko namalowałam żółwia, słonia i biedronkę (co za mieszanka!) na białych pajacach F&F ;) 

Niech Karolina od małego śni o dalekich (słoń i żółw) i bliskich (biedronka) podbojach!





Zdjęciowo!


I nas nie ominęła zabawa w zdjęcia. Pierwszy raz cieszę się z łańcuszka (czasami po prostu je przerywałam). Dziękuję za wyznaczenie mnie do tej zabawy przez Srokę, Salomeę i 9miesiecyzbrzuchem.


Zasady:


1. Odpowiedz na 17 pytań w formie zdjęcia - może to być pojedyncze zdjęcie, kolaż złożony z kilku zdjęć, sfotografowany rysunek, PrintScreen. Ważne, żeby odpowiedź była w formie graficznej, a nie tekstowej - ewentualnie krótki podpis dozwolony.

2. Postaraj się, aby większość zdjęć była Twoja własna, a nie np. pobrana z internetu z podaniem źródła. Wtedy ten tag będzie bardziej "osobisty" i ciekawy, choć kilka pytań trochę utrudnia to zadanie (np. w przypadku pytania o życzenie). 

3. Otaguj siedem osób.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

1. Codziennie widzisz...




2. Ubranie, w którym "mieszkasz"?



 


3. Ulubiona pora dnia?





4. Coś nowego?




5. Właśnie tęsknisz za... 

   Norwegią przemierzaną na motorze!




    Wakacyjnymi babskimi (i nie tylko) spotkaniami



6. Piosenka, która za tobą chodzi...

    Cały Nohavica, ale to szczególnie...





7. "Nagłówek" Twojego tygodnia to...
     
    All we need is LOVE!




8. Najlepszy moment tygodnia?

   Wspólny niedzielny poranek z Danielem





9. Kim chciałaś/eś być jako dziecko?

   Tym, kim jestem...





10. Nigdy nie rozstajesz się z....

    Pozytywnym nastawieniem!





11. Co można znaleźć na Twojej liście życzeń?

Długie, zdrowe, szczęśliwe życie u boku tego jedynego, z gromadką dzieciaków pod bokiem (a co!), czerpiąc z  dobrych wzorów rodziców ;)






12. Twoja miłość od pierwszego wejrzenia.






13. Coś, co robisz przez cały czas.

Mam wiarę w dobry czas i kwiatki na (w) głowie ;)







14. Zdjęcie tygodnia?




15. Ulubione słowo/wyrażenie?

Hmm...





16. Najlepszy moment roku.

Wakacje - gdy dowiedziałam się o ciąży!





17. Ktoś, kto zawsze potrafi Cię uszczęśliwić.





Uff... Udało się! Chciałabym zaprosić do zabawy kilka osób, których zdjęcia mnie ciekawią:

Weronikę z con-esperanza-por-la-vida.blogspot.com
Tinę z idonotwantwhatihaventgot.blogspot.com
Klaudynę z migdalowamama.blogspot.com
Miłkę z projektbobas.blogspot.com
El perezoso viajero z mine-inside-out.blogspot.com
Monikę z tekstualna.blogspot.com (o ile najdzie chęć i siłę teraz ;)

Szczepienia...


Głowa mała od informacji na temat szczepień, wsiąkłam, a chciałam tylko zorientować się w temacie... Nigdy nie wierzyłam ślepo w opinię jednej strony. Poczytałam o zaletach i wadach szczepień. Szczepić chcę, ale mądrze. Tu jest większy problem. Pojawiają się ogólne informacje, jak mniej więcej rozłożyć je w czasie, czego unikać i na co zwrócić uwagę, ale nie mogę znaleźć konkretu - tj. kalendarza szczepień dla "opornych". Ministerstwo podaje informację, że lekarz może zlecić indywidualny kalendarz szczepień i tak będziemy chcieli robić, ale...

Opieram się przed szczepieniem w szpitalu w pierwszej dobie życia. Nie chcę szczepionek ze związkami rtęci i aluminium. Nie chcę szczepić przed sprawdzeniem przez lekarza pediatrę i neurologa, czy dziecko rozwija się prawidłowo. Najlepiej, aby dziecko wyszło ze szpitala czyste i żeby lekarz zdecydował, co dalej. 

Wiem już jak do doprowadzić do nieszczepienia w szpitalu (teoretycznie), ale nie wiem, gdzie kierować swoje kroki dalej. Kiedy iść do lekarza, kiedy zacząć szczepić? Nie wiem, do kogo udać się po radę i prośbę, aby mądry kalendarz ułożył.

Próbowałam dodzwonić się do wojewódzkiej poradni ds. szczepień ochronnych, aby umówić się na wizytę i zdobyć wiedzę od fachowców, ale... telefon milczy.

Nie chcę wzbudzać kolejnej kłótni o sens szczepienia lub nie. Jeśli któraś z Was odraczała szczepienia, zna kogoś kto to robił, może podać jakieś sensowne rozwiązania, proszę o pomoc (również na mail, jeśli tak wolicie). Brakuje mi bowiem w całym tym "szczepiennym śmietniku informacyjnym" (zarówno po stronie zwolenników jak i przeciwników) konkretnej rozpisanej listy miesiąc po miesiącu. 

Prof. Majewska proponuje opieranie się na kalendarzu szczepień z Czech lub Danii. Jest to jakiś trop, ale...
pomożecie?


Stemplowe body DIY


Miało być o bardziej skomplikowanych malunkach na tkaninach (tzn. sama chciałam coś namalować, a nie stemplować), ale... pokażę, jak robię body ostemplowane. Ameryki nie odkryję i mam nadzieję, że Ci z Was, dla których to kaszka z mlekiem, nie padną od nadmiaru oczywistych oczywistości ;)

POTRZEBUJEMY:

- body, koszulka, materiał
- farbki do tkanin
- pędzel
- ziemniak vel kartofel
- nóż
- kartki papieru lub karton
- szpilki
- coś do pisania
- ręczniki papierowe
- żelazko


DIY:

1. Przygotowujemy materiał (podkładamy pod spód, tzn. między dwie warstwy materiału, karton lub kartkę papieru, aby farbka nie przebiła na drugą stronę)

2. Rozkrawamy umytego wcześniej ziemniaka


3. Na kartce rysujemy wzór, który ma pojawić się na materiale. Wycinamy go i przypinamy szpilkami do ziemniaka. Następnie nożem nacinamy dość głęboko dookoła wzoru z kartki. Ścinamy od zewnętrznej krawędzi do naszego stempla to, co niepotrzebne, uważając, aby nie "podciąć" swojego wzoru. Zdejmujemy papierowy szablon.



4. Nakładamy pędzlem warstwę farby i robimy (lub nie) próbne stemple na kartce, aby określić, jaka ilość farby jest wystarczająca dla efektu, który chcemy osiągnąć. Tutaj przydadzą się ręczniki papierowe - radzę ścierać nadmiar farby z boków stempla, aby farbka się nie rozlewała na materiale.


5. Zastanawiamy się nad tym, w których miejscach mają pojawić się malunki i przystępujemy do dzieła (pamiętając, aby za każdym razem usunąć nadmiar farby z boków!). Każdy stempelek = ponowne nakładanie farby.



6. Suszymy suszarką lub czekamy aż farbka wyschnie. Następnie nakładamy na wierzch naszego body ściereczkę/materiał, przez które prasujemy ubranko w wysokiej temperaturze przez trzy minuty. Gotowe!


Ojcowskie KTG


Wczoraj przed snem podpuściłam Daniela, mówiąc, że dawno nie słuchał, co dzieje się u Karoliny. Sądziłam, że dźwięków tak ekscytujących jak te, z początku, gdy młoda dopiero zaczynała się ruszać, już nie będzie, ale... Daniel zastygł w bezruchu - pomyślałam, nabija się.

Potem przeniósł ucho trochę w bok i jeszcze do góry.  Gdy skończył osłuchiwanie, z niekrytą satysfakcją i radością oznajmił:

"Słyszałem serce!".
"Moje?".
"Nie, Karoliny, twoje nie bije aż tak szybko"

I zaprezentował za pomocą onomatopej, jak szybko bije serce naszej córki. Niesamowite! Czytałam, że przy dobrym ułożeniu dziecka jest to możliwe, ale że u nas się udało? Ha!

PS na zdjęciu widać wyraźnie, z której strony układa się nasza mała ;)


Próba wody


Na prośbę kilku mam opiszę, jak zachowują się moje "malowanki" w praniu. Wg opinii producenta farbek do tkanin, mogłam prać ciuszki w 40 stopniach C. Stwierdziłam, że nie ryzykuję, wrzucając body w serca di pralki i wyprałam ręcznie. Woda była cieplejsza niż 40 stopni ;)

W praniu zmienił się kolor wody na delikatnie różowy, ale... na ciuszku nie ma śladów przebarwień. Podczas wykręcania ręcznego farbka w kilku miejscach zostawiła plamki, ale po dokładnym wypłukaniu nie ma śladu.

Podsumowując - prać tak, ale w 40 stopniach, najlepiej i najbezpieczniej w rękach. Farbki nie wypłowiały po wyschnięciu. Zabawa dla cierpliwych - malowanie, ręczne pranie, ale moim zdaniem warto, bo efekt świetny ;)

PS dziś bez zdjęcia, może później wezmę się za bardziej skomplikowane wzory i zrobię tutorial.

Kolory na nudę


Niestety od początku ciąży moje plecy na dłuższe niż godzina siedzenie reagują okropnym bólem. Był on na tyle silny w pierwszych tygodniach, że przy biurku w pracy siedziałam godzinę, a pozostałe siedem spędzałam na stojąco, pochylając się nad klawiaturą...

Z biegiem tygodni i miesięcy dolegliwość nie odeszła w zapomnienie i gdy postoję lub posiedzę jakiś czas, muszę "oddać" plecom ten czas, leżąc.

Po tym przydługim wstępie, przechodzę do meritum. Miałam wielkie plany dotyczące szycia rzeczy i ciuszków dla małej - internet roi się od szablonów i pomysłów, ale... Siedzenie przy maszynie mnie wykańcza i - chyba, aby mnie nie ciągnęło - trzeba by ją oddać do regulacji w końcu.

Ja nie z tych, co łatwo się poddają i znalazłam sposób - farbki do tkanin! Jest szybciej niż w przypadku szycia, efekt też zadowalający i plecy tak inie bolą, bo mogę stemplować na stojąco. STEMPLOWAĆ, ponieważ na razie się wprawiam w malowaniu na tkaninach i wycięłam z ziemniaków wzory. Świetna zabawa - szczególnie dla tych małych.

Kupiłam najzwyklejsze farbki do tkanin jasnych. Dobrze się domywają z rąk, pędzli i innych powierzchni. Po nałożeniu farbki na materiał, trzeba go wysuszyć, a potem przez szmatkę prasować trzy minuty. I gotowe! A jak miło bawić się kolorami, gdy za oknem szaro? :)

Muszę znaleźć jakąś większą koszulkę dla siebie i coś wymyślić!





Ojciec, do prania!


Taaak... Hmm... Ehh...

Posegregowałam rzeczy Karoliny pod kątem temperatury, w jakiej mam je wyprać. Zajęło mi to ponad godzinę! Ciuszki, prześcieradła, chusta, poszewki na fasolkę do karmienia, śpiworki, kocyki, śliniaczki - wszystko, co materiału.

Osobno białe do wyższej temperatury, osobno jasne i kolorowe do niższej. Na inny stosie ciemne, na innym kocyki... Będę (tfu, tfu - będziemy z małżonkiem) prać chyba z miesiąc. Dałoby radę szybciej, ale nie mamy przestrzeni odpowiadającej boisku piłkarskiemu, aby wysuszyć za jednym zamachem :D 

Z jednej strony cieszę się, wszak jak to robimy, to będzie robione (ah, ta mądrość!), z drugiej, jak pomyślę ile to roboty... ;) No nic, trzeba zakasać rękawy i... "Ojciec, prać!".

PS na zdjęciach widać tylko pudła z ciuszkami (a gdzie inne tam inne rzeczy...) jasnymi :D Reszta w komodzie...



Pobudka!


Siedzę co noc do późna, bo nie potrafię zasnąć. Budzika nie nastawiam, bo... Karolina z dokładnością godną szwajcarskich czasomierzy wymierza mi zawsze kopniaki między 8 55 a 9 05 :) Potem następuje przywitanie się z dzieckiem, które do "po śniadaniu" usypia.




Obiecanki-cacanki


Obiecałam sobie, że już ciuszków dla Karoliny nie kupię. Najpierw "obeszłam" zakaz, wmawiając sobie, że przecież ciuszków rozmiar 68 nie mam aż tak wiele, więc na nie mam pozwolenie, ale...Gdy trafiły się ciuszki 62 bajecznej urody, też się nie powstrzymałam. Tłumaczę sobie to tak - ciąża zakrawa momentami na zaćmienie umysłu ;) 



Tekst alternatywny