Dziecię zabalowało...


Sylwester 2012/2013 zaliczamy do udanych. Wylądowaliśmy na omprezie z moim bratem i jego dziewczyną. W towarzystwie była na pewno jeszcze jedna ciężarna i chyba druga ukrywająca się :P

Niestety moja kondycja nie należy w ciąży do najlepszych, więc po jednym szybkim i kilku wolnych tańcach musiałam się położyć, a o 1 wpakowaliśmy się do auta i do domu.

W Nowy Rok obudziłam się wypoczęta ok. 10 i to mnie zaniepokoiło. Przecież zawsze między 7 a 8 budziła mnie kopniakami Karolina, dając mi znać "Matka, wstawaj, jeść daj" - nie było litości. A wczoraj cisza. Postanowiłam nie panikować, zjadłam śniadanie i do łóżka. Dalej nic. Nie pomogło szturchanie, nie pomogły czekoladki (zawsze działało). Co jakąś godzinę, na moje błagania pojawiło się jakieś pojedyncze kopnięcie. W sumie w ciągu sześciu godzin, uderzyła mnie... trzy razy.

Postanowiłam, że przed świątecznym obiadem u rodziców, dla spokoju pojedziemy do szpitala. Znowu znajoma IP, miła położna, która robiła badanie dopplerem - jest tętno, ale... Zostaje pani na oddziale.

Co było robić, Daniela wysłałam po torbę (oczywiście nie wiedziałam, co trzeba mieć w szpitalu... nigdy - po moim własnym porodzie - w szpitalu nie leżałam), a mnie zaprowadzono na naprawdę najbardziej obskurny oddział w naszym szpitalu. W Nowy Rok na dużym oddziale patologii ciąży było nas sześć dziewczyn - w sali byłam tylko z jedną osobą.

Od rau po przebraniu się w piżamę, KTG Karolinki - wszystko ok, potem USG - wszystko ok, potem badanie ginekologiczne - wszystko ładnie. Dodatkowo obserwacja ruchów dziecka (trzy razy w   granicach 24-26 kopnięć na godzinę, bez czkawki). Lekarz poradził jednak, aby zostać na noc i wtedy będą kontrolować tętno dziecka. Noc należała do ciekawych - moja współlokatorka miała bardzo silne i bardzo częste skurcze przepowiadające w 36. tygodniu i czekałyśmy na poród ;) 

Rano znowu badanie tętna, obchód i wypis do domu. Pojawił się mój lekarz, który sprawdził całą sytuację i nakazał mi rezygnować z dzisiejszej, umówionej u niego wizyty ("Szkoda pieniędzy" - szok!). Wypisał mi recepty, L4 i kazał zrobić badania. Wyniki mam przywieźć do gabinetu - nie czekać do wizyty (wypisze mi po prostu recepty).

Podsumowując - szpital może warunki ma niezbyt dobre (nie ma co marzyć o porządnym prysznicu, a co dopiero o wi-fi), ale cala kadra patologii ciąży była rozmowna, informowała, dopytywała, badała i ogólnie czułam się "dopieszczona". Opinie, które słyszałam od znajomych - moim zdaniem - są mocno przesadzone, ale do tej pory tak jest ze wszystkim. A może to ja mam niezbyt wygórowane oczekiwania... ;)

Co jest najważniejsze - dziecko moje zaraz po przyjęciu mnie do szpitala, obudziło w sobie instynkt łowcy i okopało mnie niesamowicie ;) Poczuło respekt przed powagą szpitala. Lekarze i położne powiedzieli, że bardzo dobrze zrobiłam zgłaszając się do nich, ponieważ sytuacja mogła rozwinąć się w zupełnie innym kierunku. Cieszę się, że nikt nie robił mi wymówek, że wyolbrzymiam - w końcu nie chodzi o mnie, a tego najmniejszego pacjenta.

PS Zapomniałam o najważniejszym - mała pobalowała do tego stopnia, że w końcu ułożyła się wczoraj główką w dół, jej dziwne zachowanie mogło być wywołane właśnie tym obrotem. Dziś - mam takie wrażenie - znowu wróciła do starego miejsca - mały wiercipięta.


1 komentarz:

  1. Ufff, to przeżyłaś... Brak ruchów to chyba najgorsze, co może się zdarzyć... I to jest chyba moment, kiedy panika matki jest największa...
    Ale czasem tak właśnie jest, że dzidzia inaczej się ułoży...
    Mi położna powiedziała, że czasem są też takie senne dni i dziecko też może je odczuwać jak my na zewnątrz, tzn. jest bardziej śpiące i mniej się rusza.

    Dobrze, że wszystko już dobrze :)
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń

Tekst alternatywny