2013


Mija rok 2013. Przyniósł nam ze sobą Karolinę - cud nad cudy. Początek był trudny, nawet bardzo. Potem było już łatwiej, przyjemniej, spokojniej. Chyba jeszcze nie było takiego obfitującego w rodzinne spotkania roku. Chyba nie mieliśmy dotąd tyle czasu na refleksje nie tylko nad cudem życia (phi! truizm), ale także nad dostrzeganiem z pozoru błahych spraw. Lato nie było jeszcze takie gorące, a zima przyjemna. Nigdy już nie będzie takiego, pierwszego roku. Będą kolejne! :)

A na koniec roku pasuje mi jak ulał o TO do posłuchania.


Słowa, słowa...


Do zapisania w notesie - ważny dzień dziś nastąpił. Karolina zaczęła nazywać przedmioty i zwierzęta (ludzi określała wcześniej "mama, tata, baba, dziadzia". Dziś podczas spaceru spojrzała na olbrzymie drzewo i z przejęciem wykrzyknęła "balo!". "Drzewo?" - upewniłam się. "Balo!".

Wieczorem, gdy siedzieliśmy w kuchni całą rodziną (sporą, bo wielopokoleniową ;) przy stole pojawił się kot. "Leło!" - powiedziała Karolina, patrząc świadrującymi oczkami na kota. "Masz na myśli kota?" - zapytałam. Coś bąknęła pod nosem i zaczęła próby dopełznięcia do kota.

Ot, nasza mała zaczyna nazywać po swojemu swój świat. Kurczę, dopiero dociera do mnie, że ona już tylko będzie starsza...

PS do perfekcji opanowała słowa "nie", "daj" - kontekst wypowiedzi z użyciem tych zwrotów jest różny, ale kto by się tym przejmował :P 

Album rodzinny


Jesteśmy. Wróciliśmy do domu i do życia po chorobie. Święta spędziliśmy u dziadków jednych i drugich (żeby nie było, że pierwszych i kolejnych...). Karoleczka zmarnowana strasznie kilkudniowym gorączkowaniem powyżej 39 st. i antybiotykiem mimo wszystko była dość pogodna i rozświetlała nam świąteczne dni. 

Pierwsze zetknięcie z choinką było zabawne - szybciutko chwyciła gałązkę żywego świerku i równie szybko ją wypuściła - ałć! Prezenty to osobna bajka - tyyyyle pięknie zapakowanych podarków, tyyyle wstążek do rozwiązania, tyyyyle papierów do podarcia. No, radość nie do opisania!

Kolacja wigilijna i kolejne posiłki przez całe święta Karolina spędzała przy stole razem z całą rodziną. Zamiast karpia i barszczu dostała łososia i bukiet warzyw z ryżem, ale nie narzekała ;) Hitem menu okazał się... opłatek. Podobało jej się również śpiewanie kolęd i zabawy pod choinką. 

Mam nadzieję, że poczuła to, co najważniejsze - magię wspólnie spędzonego, w rodzinnej atmosferze, czasu. 

PS babcia, dziadek, wujek, ciocia, tata - nie obrażą się za umieszczenie zdjęć, prawda? ;)


 





Co u nas?

Gorączka minęła - uff - po prawie czterech dniach. Malutka zaczyna mieć więcej siły i ochoty do zabawy. Nadal musi zdecydowanie więcej spać i pić, ale jest nieźle. Przygotowania do świąt w tym roku odłożone na dalszy plan - na szczęście gościmy się u rodziców (jednych i drugich). Prezenty czekają na zapakowanie choinka na jej kupno i ubranie, odświętne stroje na wyprasowanie i... można zacząć świętować. Pierwsze nasze święta razem (tj, drugie - ale pierwsze Karoli po tej stronie brzucha ;P).

PS poniżej Karoleczka na dzień zanim zaczęła chorować.


Chorujemy vol. 2


Od czwartku wieczorem nie chce odejść od Karolki gorączka. Zgodnie z zaleceniem pediatry, wczoraj wykonaliśmy badanie moczu. Wyszło prawie OK, ale konieczna była konsultacja. Koniec końców, Daniel spędził z małą - bagatela! - 10 godzin w poczekalniach dwóch szpitali (ja byłąmw  pracy, dojechałam po trzech godzinach). Jedna pani doktor stwierdziła, że chyba zapalenie gardła (jak u mnie), ale warto zrobić usg brzuszka, więc... Trzeba było jechać do drugiego szpitala na badanie. 

Ha! Gdyby tam nas skierowali od razu na badanie, ale nie... Dziecko 10 miesięcy z gorączką 39,6 musiało przeczekać 4 godziny w poczekalni pełnej innych chorych dzieci (i rodziców - jedna kobieta miała zapalenie płuc, o czym radośnie wszystkich informowała). Po tym czasie była wizyta lekarska, usg, badania moczu i krwi... I po kolejnych 4 godzinach wypis do domu. W szpitalu dziecięcym, w sezonie infekcji, w miejscu, do którego zsyłają wszystkie najgorsze przypadki ze Śląska przyjmowała.... jedna lekarka! Gdybyśmy mogli jechać do domu po otrzymaniu wyników, bez czekania na wypis, bylibyśmy w łóżkach o 23, a nie o... 2.30 w nocy.

Ostatecznie podejrzenie kamicy nerek odeszło w dal, za to potwierdzono zapalenie gardła, ale bakteryjne. To jest ciekawe - wystarczyłoby wykonać jedno badanie laboratoryjne, aby wiedzieć, czy to wirus czy bakterie, ale w Polsce szkoda na nie pieniędzy i antybiotyk dajemy, gdy gorączka i objawy utrzymują się powyżej 3-4 dni. Takie leczenie na oślep. Nie lubię tego, nie podoba mi się to, ale co robić... antybiotyk został zapisany. Malutka dość dobrze znosi gorączkę, ale taki stan trwa od czwartku - poprawy brak.



Samo się vol. 6


W tym tygodniu (tj zeszłym i obecnym) tematem zabaw było zdanie: "Dla przyszłych inteligentów w okularach". Bawiłyśmy się, a jakże, ale czasu na wrzucenie posta nie było. Korzystając z chwili spokoju, wrzucam zaległy post.

Nie zastanawiałam się długo, jakie zabawy wybrać. Okulary = dobry wzrok. Dobry wzrok = stymulacja. Stymulacja u niemowląt = czarno-białe wzory. Ot, takie proste ;)


1. "Pociągnij mnie rolki"

Co potrzeba:     rolkę tekturową (może być z recyklingu - po ręcznikach kuchennych lub papierze;
                         albo zrobiona z kartonu)
                         czarny flamaster/papier/taśma/kredki
                         sznureczek/wełna

                       
Zasady:            można bawić na różne sposoby, my prezentujemy na zdjęciach dwie z kilku możliwości
                      
pierwsza - dla dzieci siedzących, uczących się chwytania; położyć przed dzieckiem, sznurki w pewnej odległości i czekać... sznureczki mogą być rozwinięte lub nawinięte na rolkę - oba sposoby przynoszą sporo frajdy; uwaga - pilnować, aby rolki nie trafiały do buzi... zbyt często (flamaster nie jest ani smaczny, ani zdrowy)

druga - przewieszamy sznureczki przez barierkę łóżeczka, sznureczki układamy przed dzieckiem i pokazujemy, co dzieje się, gdy pociągnie się za sznurek; Karola załapała od razu i bawiła się świetnie ;)

rolki świetnie sprawdzają się również jako karuzela nad łóżeczkiem lub przewijakiem


Efekty:              nauka przyciągania przedmiotów do siebie oraz chwytania precyzyjnego sznureczków;
                          stymulacja wzroku; nauka podstawowych praw fizyki ;)         








2. "Uwaga! Miny"

Co potrzeba:     gruby karton (najlepiej ponad 7 mm, aby dziecko go nie zjadło ;)
                          czarny flamaster/papier/taśma/kredki
                          nóż do tapet/bardzo ostre nożyczki do wycięcia kartoników 10x10 cm


Co robimy:       na wyciętych kartonikach rysujemy miny oznaczające podstawowe emocje,
                          które tak małe dziecko może zrozumieć


Zasady:            jak wyżej - można bawić na różne sposoby, my bawiłyśmy się tak:

rozłożyłam przed siedzącą Karoliną nasze kartoniki; po kolei (wskazując) opisałam każdą z nich i pokazywałam taką minę na mojej twarzy ;)
                     
Karolka miała dowolność w wyborze - ja tylko zmieniałam miejsca poszczególnych kartoników


Efekty:            wstępne oswojenie w tematem emocji, które może przydać się, gdy tłumaczymy dziecku,
                        że coś nas boli (smutna minka), gdy z czegoś się cieszymy (uśmiech) itp.

co ciekawe - Karolka, mając wolny dostęp i dowolność w wyborze, najczęściej sięgała po minki "uśmiech" oraz "zdziwienie" (wielkie oczy), a wcale (!) nie tknęła "smutku"...







Choroba!

Chorujemy - Karolka i ja. Mama, pal licho, ma tylko zapalenie gardła. Karolka - bardzo wysoką i wysoką gorączkę. Zaczęło się wczoraj. Innych objawów brak, ale lekarka dla pewności kazała wykonać badanie moczu (aby wykluczyć infekcję układu moczowego). Płuca i oskrzela czyste, gardło delikatnie zaczerwienione. Mam nadzieję, że trzydniówka.

PS temperatury oscylujące od 38,0 do 39,4 (mierzone w pupie). Ech.. Malutka marudna, słaba, śpiąca.

Druga strona

Bo Karolinka to nie tylko piski, ściski, uśmiechy rzucane na prawo i lewo. Jest też spokojna i... melancholijna, o ile tak małe dzieci można opisywać tym słowem. Nasz mały cud!


Eko, eko...


Dziewczyny, odbiegając trochę od formuły bloga fotograficzno-wspomnieniowego, chciałam podzielić się z Wami dwoma dobrymi artykułami na temat żywienia niemowląt. Pewnie część z Was je zna, ale myślę, że powtórek w tym temacie nigdy za dużo.

Wczoraj natknęłam się na wywiad z dietetyczką Joanną Mendecką, która prowadzi portal mamowanie.pl. Możecie go przeczytać TUTAJ. To, co najbardziej do mnie przemówiło, to nie dane na temat żywności wysokoprzetworzonej (w tym, niestety, słoiczków dla niemowląt), ale racjonalne podejście do kwestii żywienia dzieci.

Przecież nie każdy ma dostęp do ekożywności od dziadków czy gospodarza na bazarze. Nie każdy ma worek pieniędzy, bo eko z tym często się wiąże. Pani Joanna, zapytana o produkty ze sklepu, które można podać dzieciom lepiej niż słoiczki, wskazuje po prostu warzywa, bo (cyt.)...

Zdrowa jest równowaga i proporcje składników odżywczych. Ale jeśli mam wskazać na szczególnie smaczny i zdrowy produkt, to wybiorę warzywa. Dlatego, że po pierwsze jemy ich za mało, a po drugie nawet jeśli będą zanieczyszczone pestycydami, to zawierają mnóstwo flawonoidów, fitohormonów, składników odżywczych, które oczyszczają organizm z zanieczyszczeń.

Druga rzecz tej pani, którą znalazłam na jej portalu o TUTAJ, mówi o tym, co znajduje się w słoiczkach konkretnie Gerbera i jak są one produkowane. Miałam świadomość, że nie jest kolorowo, szczególnie po pamiętnej aferze z MOM (w daniach dla niemowląt dodawane było mięso oddzielone mechaniecznie - czyli najgorsze części np. kurczaka, których nie powinno się podawać dzieciom, a już w ogóle niemowlętom), ale trochę mnie przeraziła polityka firmy, standardy przechowywania owoców i warzyw (nawet do 18 miesięcy!).

Owo jabłko, jeśli w ogóle polskie (zaledwie 18% produktów używanych w słoikach jest krajowych) 
jest kilkakrotnie mrożone, pasteryzowane, przechowywane w workach i beczkach nawet 18 miesięcy i dopiero wtedy trafia do słoika, który stoi na półkach sklepowych do 2 lat! Oznacza to, że od momentu zerwania jabłka do momentu spożycia go przez dziecko, mogą minąć ponad 3 lata!

W takich chwilach zastanawiam się, czy lekarze, którzy tak ochoczo namawiają matki do podawania dzieciom dań ze słoiczków, mają świadomość, jak te dania są produkowane. Nasze mamy nam gotowały i jakoś nie brakowało nam składników odżywczych, mikroelementów itp. Po raz kolejny okazuje się, że biznes to biznes, nie ma miejsca na troskę o dziecko. Amen


PS zdjęcie ze wsi od dziadków Karolinki - mamy to szczęście, że rodzice uprawiają warzywa i mają sad, a w przyszłym roku będą też kury i kaczki... 

Drzemka

Nie wiem, jak to się dzieje, ale na popołudniową drzemkę najlepsze jest łóżko rodziców ;) Około 15-16 mała pada ze zmęczenia i musi odespać jakieś 30-40 minut, a czasami więcej. To dobry czas na dokończenie obiadu i chwilę ciszy...



Dziewięć i pół...

... miesiąca, a nie tygodnia. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd - znowu nie miałam kiedy zrobić miesięcznego podsumowania umiejętności i rozwoju Karoliny. Ostatnie tygodnie wypełnione były po brzegi wizytami u lekarzy różnych specjalizacji i rehabilitacjami. Teraz - ale laba! - mamy tylko rehabilitację dwa razy w tygodniu. Tak więc, patrząc jak Karola z rozwojem pędzi niczym Pendolino, pragnę donieść...

waga -         6 280 g
wzrost -      67,5 cm
pieluchy -     3 (chyba, bo mamy wielorazowe)
ubranka - ę   68/74



Co nowego:

- JE z pierwsi systemem naprzemiennym, tj. dwa łyki z prawej, klepnięcie w lewą i dwa łyki z lewej, klepnięcie w prawą i dwa łyki z prawej i tak cały czas... Przy próbach buntu z mojej strony, sama bierze co jej się należy i łapiąc mnie za piersi, dość boleśnie przyciąga do siebie tę, na którą ma ochotę ;)

- GADA! I to ile... Od poniedziałku mamy w domu typową kobietę - minimum dwa tysiące słów na dobę. Oprócz gaworzenia, zaczęła się echolalia, czyli powtarzanie swoich i zasłyszanych dźwięków i słów. Panie laryngolog i psycholog były zdziwione, ale zaczęło się sylabizowanie. Wcześniej powtarzała w kółko "babababababa..." itp. Teraz mówi "dzia-dzia", "ta-ta", wskazując na konkretną osobę. "Ma-ma" wypowiada jedynie nad ranem, gdy domaga się dłuższy czas piersi ;) Potrafi... szczekać, gdy widzi psa! gdy zrobiła to pierwszy raz (donośne "hau!"), myśleliśmy, że się przesłyszeliśmy, ale nagle była powtórka jedna i druga. Gdy żąda uwagi - wydaje bardzo głośne i wysokie dźwięki i kiwa głową w kierunku osoby zaczepianej. Potrafi prowadzić dialog dobre trzy minuty ;) Z zabawnych powtórek było "Go-sia" (to ja, to ja!), "aj-aj", "oj-oj", "miau"

- ROZUMIE, co dzieje się dookoła. Interesuje ją, jak co działa - radio, lampka, pralka itp. Dostrzega sytuacje dziejące się "na drugim planie". Zapytana "gdzie jest babcia, tata, mama, kotek..." - wskazuje głową i często przy tym chrząka ;) Reaguje na "nie wolno", "zostaw", "nie" - ale zaraz próbuje znowu coś zbroić. Na "brawo", "ślicznie", "pięknie" - zaczyna bić brawo. Po trzech tygodniach nauki, potrafi zrobić "papa" - wtedy gdy trzeba i wtedy gdy nie ;)

- PRZYBIJA piąteczkę!

- PRZYTULA SIĘ, głaszcze (choć często jest to dość "ostra" miłość ze szczypaniem)

- CHWYT PĘSETOWY - do perfekcji opanowany. Idealnie sprawdza się podawanie jedzenia w małych kawałkach i zabawka (za którą dziękujemy wujostwu z Jaworzna :) - plansza z puzzlami, które można podnieść za mały uchwyt na środku każdego puzzla.

- KOMUNIKUJE SIĘ - gdy przysypiam przy karmieniu na leżąco, informuje mnie "Eee!", "Yyy!", że to nie pora na drzemkę ;) Gdy się bawi samodzielnie, a mama pracuje obok, komunikuje mi "E!", "Y!", że mam się zainteresować

- DZIAŁA intencjonalnie - tj. określa najpierw cel, a potem do niego dąży poprzez swoje zachowanie - np. gdy przeszkadza jej jakaś zabawka na drodze do innej, przesuwa lub odrzuca ją

- PIJE z kubka, trzymając go za uchwyty obiega rękami lub trzyma szklankę obiema rękami - nie pije łapczywie (już nie...), kubeczek ma zawsze pod ręką i sięga po niego, gdy jest spragniona. Niestety, upodobała sobie uderzanie kubkiem o poręcz krzesełka do karmienia i gdy pije z otwartego kubka lub szklanki, kończy się zmianą całej garderoby (tutaj "nie wolno" działa na krótką metę ;)

- WYCIĄGA przedmioty z torebek, pudełek, kubków - w drugą stronę brak koordynacji :P

- INFORMUJE, że ktoś ma ją podnieść, zabrać poprzez podnoszenie rączek do góry w kierunku osoby dorosłej

- baaaaardzo chciałaby STAĆ na własnych nogach, co czasami prawie jej się udaje, gdy zeskakuje nagle z moich kolan, gdy siedzę z nią na macie. Na razie raczkowania brak - etap "chciałabym, ale się boję" i zbyt słaba miednica (słowa rehabilitantki)

- JE prawie wszystko - ostatnie hity to ogórki kiszone i jogurt (ale tylko z czymś konkretnym - owocem, płatkami itp.). Uwielbia jeść i głośno dopomina się posiłku nawet wtedy, gdy jedzenie ma pod nosem ;)

- POKAZUJE, gdzie inni mają oczko ;) Oczywiście nie celowo - ale udało jej się wsadzić paluszek w oko kuzynce, a inne dzieci (przepraszam Matyldę, Ninę, Krzysia, Emila - i inne pominięte, a pokrzywdzone, dzieciaki) też miały do czynienia z jej paluszkami :) Cóż zrobić - czasami jest szybsza niż mama

- ZAJMUJE SIĘ zabawą na dłuższy czas - ponieważ siedzi, a jeszcze nie raczkuje, mogę spokojnie gotować obiad, ale czymś więcej mogę zapomnieć - Karola widzi, gdy kończę gotować i wtedy przestaje być grzeczna 

- ŚPI w nocy bardzo fajnie (podziękowania dla państwa Dz. z Krakowa) - kąpiemy o 19.30, zasypia ok. 20, śpi do 4-5 rano, a po karmieniu nad ranem do 7-8. W ciągu dnia ma dwie drzemki - ok. 10-11 na godzinę lub półtora i ok 15-16 na pół godziny

Uff - z nowości to chyba tyle. Kto dotrwał do końca, niech czuje się odznaczony orderem uśmiechu Karoliny, o takim jak poniżej ;)




Po...

No i jak tu nie werzyć w opatrzność/pozytywne myślenie (do wyboru). Martwiłam się, co to dzisiaj będzie, ale podświadomie czułam, że nit złego nie może nas spotkać. Dlaczego tak? Bo wierzyłam, że nie ma co się martwić na zapas, a będzie co ma być. A skoro pozostawało nam czekanie, to trzeba było myśleć pozytywnie. I oto (fanfary) - sam lekarz się zdziwił, ale...

KAROLI NIC NIE DOLEGA!

Tzn. w tej chwili już nic, czym on mógłby się zająć (bo wróżką nie jest, co oczywiste).
Po odstawieniu miesiąc temu witaminy D3, wszystkie rozchwiane wyniki wapnia, fosforu, współczynniki jakieś tam i jakieś tam - są w normie. Pierwszy raz od dziewięciu miesięcy!

Mała jako wcześniak miała prawo mieć niedobory i problemy z gospodarką wapniowo-fosforanową, ale mój lekarz by tego nie leczył, a "noworodkarze" (jak nazywa neonatologów) leczą je przez podawanie środków/leków uzupełniających niedoborys. Te środki spowodowały, że mała miała zbyt wysoki poziom witaminy D3 we krwi - stąd problemy. Po ich odstawieniu nie było lepiej. Dopiero odsunięcie D3 wyprowadziło na prostą wszelkie wyniki małej.

Teraz ma poziom D3 we krwi w idealnym miejscu - połowie normy dla niemowląt. Mamy rozpocząć podawanie wit. i za trzy miesiące zbaczymy, czy detoks, który miała teraz (miniony miesiąc) oczywiścił organizm na tyle, aby działał sprawnie, jak u każdego zdrowego dziecka.

Powiem jedno - UFFFFFFFFFFFFFFFFF!

PS pomimo optymizmu, nie spodziewałam się aż takiego zakończenia :)



Zdrowotny tydzień

I bynajmniej nie mam na myśli tygodnia w sanatorium... No tak, jakoś z początkiem października rozpoczęłyśmy z Karoliną kontrolne wizyty u specjalistów. Miały zająć nam tydzień, a tu już grudzień i jeszcze kilka takich dni przed nami. 

W tym tygodniu to już apogeum. Od poniedziałku jesteśmy całe dnie w samochodzie, kursując między pediatrą, specjalistą, SOR-em (tak, tak...), apteką, no i oczywiście rehabilitacja dwa razy w tygodniu. Ledwo starcza czasu na spacer i jakiś obiad. Jeszcze jutro zajęcia z rehabilitantką (uf, luźny dzień!) i piątek - najważniejsza wizyta ever - poradnia chorób metabolicznych.

Wczoraj byłyśmy u okulisty - po czterech dniach zakrapiania oczu atropiną, mała miała zbadany wzrok. Ma astygmatyzm - lekarz na wieść, że Daniel też go ma, powiedział "No to, znamy już winowajcę". Na szczęście wada jest znikoma - nie wymaga na razie okularków. Kontrola w drugim roku życia, gdy dziecko będzie kontaktowe i będzie w stanie powiedzieć, co widać na tablicy do badania ostrości wzroku.

Również wczoraj byłyśmy na SOR-ze. Mała nabiła sobie guza na czubku głowy. Postanowiłam udać się do szpitala - lepiej, żeby zrobili jej usg główki, tym bardziej że miała po urodzeniu mikrowylewy dokomorowe. Na szczęście nic nie widać na obrazie usg, a guz zniknął tego samego dnia.

Przygotowanie do wizyty piątkowej trwa już miesiąc - robimy różne badania (również dziś musiałyśmy pojechać do Centrum Zdrowia Dziecka na pomiary, badania itp.). Mała jest bez witaminy D3 już prawie dwa miesiące i niestety, nioe pozostaje to bez wpływu na jej zdrowie. Ostatnio pojawił się bardzo ostry, amoniakowy zapach moczu. Pediatra zleciła badania, aby wykluczyć infekcję układu moczowego. To nie było to. Pozostaje początkowe stadium krzywicy, co jest dość częste przy takich problemach jak ma Karolina (i miałam ja, gdy byłam w jej wieku).

Proszę pilnie trzymać kciuki, aby było dobrze, żebyśmy nie musiały zostawać w szpitalu i żeby leczenie było efektywne i krótkotrwałe - wiem, wiem - mrzonki. Nic to, trzeba być optymistą, prawda?



Samo się vol. 4

Tematem w tygodniu była skrzynia skarbów. Początkowo pomyślałam, super!, przecież mamy nasz karton z pamiątkami związanymi z ciążą i pierwszymi miesiącami życia Karolki. Ale... że nie należę do leniuchów, postanowiłam zrobić coś więcej, podejść do tematu bardziej kreatywnie.

Ponieważ sporą część dnia spędzamy w kuchni/jadalni (mamy malutkie mieszkanie) zastanawiałam się, jak połączyć temat z tym miejscem. Pomysł "urodził się" sam - aby spokojnie ugotować obiad, podrzucałam małej przedmioty kuchenne. 

Okazało się, ze to strzał w dziesiątkę! Gdy te wszystkie skarby ulokowałam w pudełku (zrobionym przez chrzestną), mała przepadła. Wyciągała, śliniła, bawiła się, wrzucała z powrotem (oczywiście przypadkowo - jeszcze). Dawno nie miałam aż tyle czasu dla siebie.

Tytuł zabawy: 
Kuchenne skarby

Co potrzeba: 
pudełko
drewniane łyżki
gąbka do naczyń (czysta! :P)
słoiczki z różnymi ziarnami
butelki z ziarnami
ciekawe, plastikowe przedmioty (np. lejek, miarki do przypraw, kubeczki)
woreczki z kaszami i ryżem

Zasady: 
Tzw. wolna amerykanka! Mała sama ustalała zasady - raz wszystko wyciągała z prędkością światła, potem znów bardzo długo skupiała się na jednym przedmiocie. Bawiła się tak z dobre... 40 minut!

Podsumowanie tygodnia: 
Kolejny udany temat (robi się to już nudne :P). Malutka zachwycona - szczególnie workami z kaszami, ryżem; gąbką do naczyń i drewnianą łyżką. Obawiałam się, że wkładanie i wyciąganie rzeczy będzie problematyczne, ale... Mała znowu mnie zaskoczyła. 

 






video

Gada, szczypie, pełny serwis!


No ja nie wiem, jak mogłam zapomnieć odnotować na blogu, że nasza mała łobuziara wypowiada coraz więcej sylab i zbitków. Jakoś od tygodnia (może półtora) z pojedynczych sylab zaczęła tworzyć "wyrazy".
I mam na myśli tutaj ładne, płynne wyrazy dwusylabowe (bez przerwy i zawahania pomiędzy sylabami).

Pierwsze słowo Karoliny - BABA (no, jakby inaczej :P)

Kolejne - MAMA (wykrzyknięte nad ranem z łóżeczka prosto w moją twarz!)
             - DIADIA
            - AJAJ
            - OJOJ (Daniel śmieje się, że Karola to nasz mały Krecik)

No i dziś w końcu - TATA (wypowiedziane ot tak, od niechcenia)



Tydzień temu miałyśmy spotkanie z logopedą i gdy prezentowałam, jakie dźwięki wydaje Karola, pani była mocno zdziwiona. "Jak to? Składa sylaby? Jestem pod olbrzymim wrażeniem". Cóż... Pierwsze dziecko - myślałam, że to standard. W tej chwili mamy etap piszczenia, składania sylab (bez zrozumienia - choć to "mama" wykrzyknięte do mnie, hmm ;).

Do mówienia jeszcze daleka droga, ale - pierwsze koty za płoty!


PS poza piszczeniem, sylabizowaniem i brojeniem, mamy etap szczypania wszystkiego i wszystkich - mała ćwiczy chwyt szczypcowy. W jedzeniu idzie jej dzięki temu świetnie, ale... biedne nasze policzki, powieki i moje... sutki. Poza tym, siedzenie jest już passe - pora ruszyć tyłek do raczkowania. Na razie więcej chęci niż możliwości, ale ćwiczymy - plan jest taki, żeby pod choinką już rozrabiać, ale... pożyjemy, zobaczymy.

Tajemnice


Zawsze staram się robić coś od razu, póki pamiętam. Jeśli jednak z braku czasu, przełożę coś "na potem", oj... Orientuję się po wielu dniach. Podobnie było z dwoma nominacjami do zabaw, w których mam odpowiadać na pytania i ujawnić jakieś informacje na mój temat. Dziękuję Beacie i Marioli - już odpowiadam :)

PS Wybaczcie, ale nie będę nikogo nominować do tych zabaw - jeśli ktoś z Was ma ochotę się przyłączyć do zabawy, może skorzystać z pytań postawionych mi przez Beatę i/lub wyjawić 7 faktów na swój temat.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Zabawa nr 1 Nominacja do Liebster Award

1. Góry czy Mazury?

Na szybki wypad - góry, bo bliżej. Aby aktywnie spędzić czas - góry, bo zawsze jest jakiś szlak, którym tego dnia nie szłam ;) Aby zaszyć się na wsi, sączyć piwko na kei - Mazury... Mogłabym tak wymieniać - oba kierunki dobre.

2. Ognisko czy grill?

Ognisko. Kojarzy mi się z latami w harcerstwie - lubię przy nim pośpiewać, podumać, ale... zwyczajnie brak na nie miejsca i czasu, a szkoda.

3. Gadżet niezbędny w życiu

Gumka do włosów ;)

4. Pierwsza ugotowana w życiu potrawa

Nie pamiętam - gotować zaczęłam dość szybko, jeszcze sporo przed 18-tką, ale pewnie jakieś jajko na twardo lub jajecznica...

5. Kosmetyk, z którym się nie rozstajesz

Nie mam takiego.

6. Pierwsza rzecz, którą robisz po przebudzeniu

Patrzę na zegarek - czy moje dziecko zwariowało, czy już tak późno i pora ją nakarmić ;)

7. W domu preferujesz wygodę czy elegancję?

Wygodę, choć czasami żałuję, że nie potrafię wykrzesać z siebie choć krztyny elegancji...

8. Słodycz, któremu nie możesz się oprzeć?

Czekolada

9. Czym jest dla ciebie rodzina?

Idealną całością

10. Czy wierzysz w przeznaczenie?

Zawsze wydawało mi się, że nie, ale kilka sytuacji w życiu ukazało mi, że chyba jednak istnieje

11. Ty za 20 lat?

Nie mam pojęcia - jeśli tak jak moja mama, byłabym szczęśliwa :)


-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Zabawa 2
7 tajemnic/faktów na mój temat

1. Nie lubię natki pietruszki - tylko jej (straszny ze mnie obżartuch). Gdy miałam kilkanaście lat, moja mama "zleciła" mi przygotowanie natki do mrożenia. Było jej tyyyyle (z całej działki), że po kilku godzinach mycia krojenia, mrożenia - spuchłam, zaczęło mnie wszystko swędzieć... Reakcja alergiczna. Natkę zjem "w gościach", ale w domu małej i Danielowi podaję ją osobno do dań.

2. Pół roku studiowałam w Czechach na bohemistyce (mimo innego kierunku na uczelni w Polsce :P). Mogłam jechać do Hiszpanii, Portugalii, Włoch - więc czemu Czechy? Miłość do Nohavicy (musiałam sama zrozumieć jego teksty), do czeskiej kuchni, no i... tego poczucia humoru i wyluzowania ogólnego.

3. Odczuwam strach w samolocie, na pokładzie statków/promów, podczas szybkiej jazdy samochodem. Oczywiście, korzystam ze wszystkich środków transportu, ale... na własnych nogach czuję się najpewniej ;)

4. Jestem okropnym łakomczuchem - potrafię jechać przed północą po coś słodkiego (lub wysyłam Daniela :P).

5. Macierzyństwo mnie zmieniło - złagodniałam.

6. Moim marzeniem jest odbyć podróż (to jest ważne - być w podróży, cieszyć się nią!) do: Mongolii, na Nordkapp (najlepiej motorem), do Kazachstanu, no i... bardziej realne z małym dzieckiem i na teraz - do Wenecji.

7. Karolinie będę mogła powiedzieć, parafrazując kwestię z pewnego filmu: "Mamusia z tatusiem poznali się  w liceum".

Coś dla Tuli!


Jakiś czas temu udało mi się wygrać w Tulankowym konkursie bon na zakupy. Ponieważ Tulanki znamy i cenimy, Karolka ma już od nich misola, rogal podróżny i lalę (na razie utajona, czeka na święta ;), postanowiłam poprosić Klaudynę o coś innego, coś co przyda się nam - rodzicom Karoliny.

Tym, czymś są worek i ochraniacze na pasy ramienne do Tuli. Niestety, nosidło nie posiada oryginalnego worka. Kłopotliwe jest ciągłe pilnowanie, aby nosidło się nie pobrudziło rzucone byle jak do samochodu lub w domu. Niewygodnie nosi się je rozłożone, mając na jednym ramieniu nosidło, a po drugiej stronie na biodrze dziecko.

Warunki były dwa:

- zestaw powinien kolorystycznie pasować do nosidła
- obie rzeczy powinny być do "noszenia" przeze mnie i Daniela jednocześnie
(tj. kolory, które odpowiadać będą kobiecie i mężczyźnie)

Gdy przyszła paczka, och, ach! Klaudyna, jeszcze raz dziękuję!


Nasza opinia:

- wymiar idealny - dobrze, prawidłowo zwinięta Tula mieści się bez problemu, jest jeszcze miejsce na jakieś drobiazgi (np. portfel)
- wykonanie - bardzo dobre, wszystko przeszywane mocnym ściegiem, nie ma prawa się rozerwać
- sznureczek przy worku, dla mnie był nieco za długi, ale Klaudyna wyjaśniła mi jak w minutę dopasować jego długość do mojej budowy
- kolory - nam pasują idealnie

Polecam wszystkim rodzicom, którzy mają nosidła i... chusty. Klaudyna bowiem może uszyć worek na każdy wymiar. Jeśli chodzi o kolorystykę, odsyłam do Tulanek - wybór materiałów jest przeogromny :)

Zdjęcia, niestety, tylko z domu - ponieważ będąc samej na spacerze, nie miałam możliwości ich wykonania ;) Ochraniacze są w dwóch wersjach kolorystycznych - żółta dla mnie, brązowa dla Daniela.













Hello!


Świeżuteńkie, bo prosto ze spaceru, pozdrowienia 
dla wszystkich blisko i daleko :*
Karola


Samo się vol. 3

Tematem w tym tygodniu było zdanie: "Papuguję wszystko w koło". Znowu potwierdzam, że jest on świetnie dobrany do umiejętności i rozwoju dziecka! Brawo dla organizatorek. Mała była zachwycona! Poniżej opis dwóch zabaw, które nam się udały szczególnie ;)

- NIECH JUŻ SYPNIE

Tytuł nie jest nawoływaniem zimy, o nie ;) To m.in. zapoznanie dziecka z różnymi fakturami, nauka chwytu szczypcowego na sypkich produktach. Ostatnimi czasy zauważyłam, że Karolina przy jedzeniu (BLW) próbuje chwytać dwoma paluszkami, zachęcona tym, przygotowałam prostą zabawę polegającą na powtarzaniu moich ruchów. Niestety, musiałam pilnować, aby suche kasze nie lądowały w buziolku Karoli, więc zdjęć nie mam :(

Co potrzeba:  trzy (lub więcej) miseczek lub głębokich talerzy
                      trzy (lub więcej) rodzajów kaszy, makaronu, płatków
                      folia lub papier jako podkładka

Zasady:         mama przesypuje z miseczki do miseczki różne produkty;
                     maluch próbuje zrobić to samo (przeważnie kończy się na
                     wysypaniu całości na siebie lub matę);
                     mieszamy, przesypujemy w dłoniach, podnosimy dwoma palcami szczyptę
                     ugniatamy to, co w miseczce;
                     pokazujemy dziecku, opowiadając, co to jest i co właśnie się dzieje.
                 
Efekt:            Karola od razu jak papuga ;) zaczęła powtarzać moje gesty,
                     A ile było przy tym okrzyków, zdziwienia, nerwów też ;)

----------------------------------------------------------------------------------------------------------


- PAPIEROWE KULE

To, że dzieci uwielbiają gnieść, targać i zjadać gazety to prawda stara jak druk. Postanowiłam wykorzystać przeczytaną gazetę, aby zobaczyć, czy nasza mała papuga podchwyci gesty, które będę wykonywać.

Co potrzeba:  gazeta z szarego (żółtego) papieru
                      czworo rąk do zabawy ;)

Zasady:         tata składa kapitańską czapkę dla dziecka (i/lub mamy);
                     mama pokazuje, jak z wielkiego arkusza papieru robi się powoli kula (zgniatanie);
                     dziecko próbuje zrobić to samo (mama pilnuje, aby gazeta nie wylądowała w buzi ;P);
                     drugi element zabawy - rozwijanie kuli w arkusz oraz targanie i ugniatanie
                 
Efekt:            Karola była tak zafascynowana czapką, że początkowo nie zainteresowała się tym, co robię.
                     Po chwili, gdy usłyszała szelest, rzuciła się (patrzcie na zdjęcie) na górę papieru, aby próbować
                     odtwarzać moje gesty. Najbardziej podobało się rozwijanie kuli.
                    
------------------------------------------------------------------------------------------------------------




- INNE

- nauka klaskania ,
- powtarzanie machania (papa),
- zabawa kosi-kosi,
- pokazywanie języka
- powtarzanie dźwięków i piski
- na zdjęciu - obserwacja koleżanki i próba odebrania jej zabawki :P


Lekcja wychowawcza

Ta nasza "skarbusia" (jak mówią babcia i prababcia) już niedługo powie, że się zakochała i się wyprowadza ;). Ale póki co jest tak bezbronna, zdana na mądrość (lub jej brak) rodziców. Wczoraj dyskzęutowaliśmy o wychowaniu. Idealnie by było, gdyby powstała księga mądrości na ten temat - niestety, każdy z nas rodziców, musi sam odnaleźć własną drogę w tej kwestii. To, jakie (bo przecież, nie kim) będzie nasze dziecko, w olbrzymiej mierze zależy od nas. Trochę obleciał mnie strach... Nadzieją, na wykonanie tego najważniejszego zadania w życiu, napełnia mnie fakt, że nie jesteśmy pierwsi ;). Ot, taki truizm.

Mam nadzieję, że czerpiąc z dobrych (choć często nieidealnych) wzorów naszych rodziców i opierając na słowach mądrości m.in. Korczaka, damy radę. A póki co, zanim na serio wezmę się za wychowanie Karoliny, pora odgonić strach i wziąć się do pracy... nad sobą. Bo to przecież podstawa, prawda?

Tekst alternatywny