Studniówka w Sylwestra!


Do terminu porodu zostało dokładnie 100 dni. Gdy parę dni temu mówiłam Danielowi, że za niedługo studniówka, spojrzał na mnie jak na nienormalną i pokiwał głową, mówiąc: "Ale co nam do tego?". Dopiero po wyjaśnieniu stwierdził, że: "Uhm, teraz zmienia to znaczenie. Tylko 100 dni..." :)

Tylko lub aż? Jak odczuwacie to doświadczone mamusie? Ja mam wrażenie, że czas ostatnio stoi w miejscu, dni wloką się i zamiast tygodnia mija dzień. Być może w nowym roku coś ruszy i jeszcze z przestrachem w sercu będę głowiła się, czy zdążę spakować torbę do szpitala? Kto wie...

A dziś oprócz studniówki naszej prywatnej jest Sylwester. No i... Wczoraj po południu dowiedzieliśmy się, że znajomi, którzy mieli organizować imprezę, leżą zmorzeni grypą. Pozostali zaplanowali dość ciekawe, ale nie dla ciężarnych atrakcje, więc dziś poszukujemy lokum i towarzystwa. Gdzie wylądujemy? Tego nie wiemy.


Brzuch...





Stan na 29 grudnia 2012 r. Za dwa dni zostanie nam 100 dni do terminu porodu. Obwód brzucha od przedwczoraj nie zmienił się (na szczęście) i wynosi 102 cm w najszerszym miejscu. PS Czy wasze brzuszki też zyskały takie sterczące włoski w ciąży? ;)





Początek 26 tygodnia


Dziś jest 25t1d ciąży, czyli wg niektórych zaczynam 26 tydzień ciąży (według innych jestem w 25). Na szczęście gorączka została zwalczona połówką apapu i od soboty nie ma po niej śladu. Katar jeszcze trochę mnie męczy, ale kaszel już sobie poszedł.

Zmierzyłam dziś z ciekawości obwód brzucha i.... oj, zdziwiłam się mocno - mam już 102 cm w najszerszym miejscu! Nie wyglądam źle, przytyłam tylko 7 kilogramów, a mimo to brzuch mam jak niejedna mama przed samym porodem. Ciekawe, ile jeszcze mi przybędzie przez te trzy miesiące? :)  

Nasza służba zdrowia


Mój suchy kaszel był tylko zapowiedzią większej infekcji wirusowej. Od rana temperatura rosła mi regularnie co kilka kresek i koło północy doszła do 38,2 stopni C. Wtedy postanowiłam pojechać do przychodni nocnej, aby skonsultować z lekarzem, czy bijamy i czym gorączkę. I się zaczęło...

Podchodzę do rejestracji i na pytanie: "Co się dzieje?", mówię: "Ciężarna  gorączką". W odpowiedzi pada jedynie "O, o, oł". Średnio zachęcające. Czekam pod gabinetem, a tam przyjmuje mnie chłopak młodszy ode mnie (zaraz po studiach 24, 25 lat). Na biurku kładę kartę ciąży i mówię, że przyjechałam ze względu na gorączkę w ciąży. Ok, sprawdzanie gardła z latarką z komórki (!) i potem badanie osłuchowe klatki piersiowej. Tak się mnie krępował, że nie spojrzał na mnie ani razu - nic to.

Po badaniu zaczyna wypisywać recepty - widzę nazwy, których nie powinno być, ale czekam na finał. Pada pytanie o to, czy regularnie przyjmuję jakieś leki, mówię, że aspargin i witaminy dla kobiet w ciąży. I tu sedno: "To pani jest w ciąży!?". No myślałam, że spadnę z krzesła! Brzuch jak piłka do kosza, a on się mnie pyta o takie coś. 

Mówię, że owszem, że ma przed oczami moją kartę ciąży i że pierwsze co powiedziałam, wchodząc do gabinetu, że jestem w 25 tygodniu. No i zaczął się kłopot, bo "pan doktor" nie miał jeszcze chyba kontaktu z chorą ciężarną. Kazał mi brać (uwaga!) ibuprom na bicie gorączki, cholinex na gardło, porządnie się wygrzać. Wszystko, czego nie wolno. O nic nie pytałam więcej, wyszłam.

Czy my naprawdę musimy płacić za takich specjalistów? Rozumiem, że gdzieś zawodu trzeba się nauczyć, ale dlaczego w przychodni nocnej, gdzie są przeważnie trudne przypadki? Dlaczego ma się to odbywać naszym kosztem? Gdyby nie fakt, że wiedziałam, że zamiast ibubrofenu można zażyć paracetamol, a zamiast cholinexu tamtum verde w odpowiedniej dawce, mogłabym zaszkodzić córce...

Nie mów do mnie słodka...


Mam wyniki wczorajszego badania - wyszło 133 przy normie do 140. Nie powiem, żeby mi nie ulżyło, ale - pilnować się trzeba i już!

A teraz wycieczka do przychodni z moim kaszlem - ech...

Kaszlolot


Primo - glukoza przeszła niezauważalnie, tylko raz musiałam wziąć głębszy oddech, gdy zrobiło mi się niedobrze. Wczoraj miałam istny maraton - w domu byłam o 19 i padłam do łóżka o 22. Niestety Karolina nie była zadowolona, że mama zjadła ostatni posiłek o 17.30. więc o 3.30 obudziła mnie tańcem "nakarm mnie". Tak się kotłowała, mi burczało w brzuchu, że postanowiłam szukać najszybciej otwieranego laboratorium w mieście. Udało się - o 6.55 stałam grzecznie pod jego drzwiami, zdziwiona, że nie ma kolejki. Kolejnym szokiem było dla mnie to, że prze te ponad dwie godziny, które tam spędziłam, na badania przyszły w sumie trzy osoby! Lux! :) Po wypiciu glukozy, staaaaaaaasznie chciało mi się spać. trochę niewygodnie śpi się w poczekalni, siedząc na krześle, ale trochę pomysłowości, sweterek i oparta o ścianę przedrzemałam ponad godzinę. Potem pobieranie i bieg po bułkę! 

Wracając, odwiedziłam koleżanki z pracy, w domu wylądowałam o 12 i... prosto do łóżka - spałam aż do 15 ;)

Ale nie o tym miał być post...

Secundo - zawsze tak jest, że gdy człowiek zostaje sam i sam o sobie musi się zatroszczyć, to wtedy przyplątują się wszystkie choroby? U nas to jest chyba normą. Daniel w delegacji, a ja kaszlę i kaszlę, i kaszlę. Gorączki brak, kataru też nie ma, tylko ten kaszel. Nie poszłam dziś na zajęcia szkoły rodzenia, bo nie chcę pogarszać swojego stanu. Znacie jakieś dobre domowe sposoby na to cholerstwo? Kaszel suchy - zastanawiam się, czy nie jest alergiczny...

Drugie podejście...


No i masz babo placek! Wynik badania obciążenia glukozą 141 mg, o jeden za dużo. Chwyciłam za telefon i do położnej (pracuje razem z moim lekarzem). Ona mówi, że w takim razie powtórka, ale z dawką 75 g glukozy. Może tym razem mnie zemdli? Tak się cieszyłam, że to już za mną, a tutaj repeta.

Z tego, co zrozumiałam, badanie mam powtórzyć jutro, aby na następną wizytę mieć już pełny zakres informacji, a przede wszystkim wiedzieć, jak to ze mną jest, aby w razie cukrzycy świątecznym obżarstwem nie zaszkodzić Karolinie.

Czy któraś z Was od razu miała powtórkę badania? 

PS U mnie w aptece 50 g glukozy jest droższe niż 75 g - a mówią, że nie można mieć tego samego, tylko więcej, za mniej :P



Glukozowo!


Ech, ostatni raz nastawiam się jakkolwiek do badań, zabiegów leczniczych i innych. Testem obciążenia glukozą straszono mnie niemiłosiernie - że się nie da wypić, że od razu chce się wymiotować, że robi się słabo, gorąco, niedobrze, a tu... NIC.

Powiem więcej, lekarz NAKAZAŁ wcisnąć do roztworu całą cytrynę i wypiłam to to ze smakiem. Powtórzę - wypiłam roztwór glukozy 50 g  przyjemnością ;) 

Czekałam na okropne skutki uboczne i znowu NIC. Ponoć niektórzy tak mają. Cieszę się, że nie spotkały mnie jakieś nieprzyjemności, a teraz czekam na wynik (właściwie wyniki - robiłam też morfologię, toxo, mocz).

Nic nie jest chyba na tyle skomplikowane, aby wyniki miały być w innym terminie niż jutro (zapomniałam zapytać, kiedy się po nie głosić). 

Piernikowy poniedziałek


Zgodnie z wczorajszym planem działania, mam za sobą już ozdabianie pierników. Tylko ozdabianie, ponieważ od pieczenia "wykpiłam się". Jednak pieczenie takiej ilości ciastek wymaga co najmniej kilku godzin na nogach. Ostatecznie pierniczki upiekła moja mama, a ja poświęciłam i tak kilka godzin na ich polukrowanie i obsypanie słodkościami ;)

Pomimo pluchy za oknem, zaczęłam czuć atmosferę świąt. Skończyłam prezenty robione ręcznie, spakowałam te kupione (reszta jutro). Słucham tylko "Trójki", więc na szczęście jeszcze nie miałam okazji posłuchać hitów "Last Christmas" itp., a te które słyszę w radio, powoli wprowadzają nas w świąteczny czas :)

To będą niezwykłe święta. Nie tylko ze względu na mój odmienny stan, ale także ze względu na dokładnie taki sam stan mojej bratowej. Tak, tak - między naszymi ciążami jest różnica jedynie trzech tygodni. Co jest jeszcze bardziej niezwykłe? Mój brat, to brat bliźniak :)






Plan tygodnia


Dziś, planując zadania na cały tydzień, uświadomiłam sobie, że pomimo świetnego samopoczucia na tym etapie ciąży są pewne ograniczenia. Choćby niewystarczające zasoby energii. Przed ciążą byłam w stanie jednego dnia ogarnąć kilka ważnych spraw - w różnych częściach miasta, w różnych tematach itp. 

Gdy zaczęłam rozmyślać, co zrobię jutro, najpierw na listę wrzuciłam badania (poziom glukozy, morfologia i inne), wizytę w urzędzie (w innej części miasta), sprawy domowe (pakowanie prezentów, pierniki, obiad) i na koniec kilka godzin za biurkiem przy komputerze (też nie w domu i do północy).

Gdy przemyślałam sprawę jeszcze raz, okazało się, że aby wieczorem mieć czas na pracę (do późna), muszę oszczędzać się w ciągu dnia. Jeśli będę dużo łazić, wieczorem nie usiedzę przy biurku z powodu bólu pleców, który towarzyszy mi z różnym natężeniem od początku ciąży. Ostatecznie te wszystkie zadania (i oczywiście kilka innych) przerzuciłam na poszczególne dni tygodnia. Plan rozpisany leży na szafce i czeka na realizację.

Ciąża to niby nie choroba, ale chcąc, nie chcą, zwolnić tempo trzeba - bo organizm, w moim przypadku, domaga się odpoczynku, spokoju i większej dbałości. Poza tym, z takim brzuchem... ;)


Źle pani wygląda...


Wczoraj miałam wizytę u ginekologa. Uff... Wszystko dobrze! Szyjka się wydłużyła (ostatnio lekarz podejrzewał, że mogła zacząć się skracać). Tętno dziecięcia idealne. Moje dobre samopoczucie też nie umknęło uwadze pana doktora. Odstawiam leki, zostaje tylko aspargin i witaminy, ale... Te mam brać co drugi, trzeci dzień (wyłącznie ze względu na zawartość żelaza, cynku, kwasu foliowego - same witaminy, wg doktora, dostarczam i tak w jedzeniu).

I jeszcze historyjka o różnicy postrzegania przez mężczyzn i kobiety. Od paru dni czuję się naprawdę dobrze, nic mnie nie boli, wysypiam się, dziecko daje o sobie znać. Daniel mówi, że wyglądam kwitnąco - dlaczego miałabym mu nie wierzyć ;) Lekarz też powiedział, że bardzo dobrze wyglądam, a potem poszłam do położnej zmierzyć ciśnienie i wagę. 

A tam... Pani posadziła mnie na krześle, spojrzała mi w twarz i mówi: "Pani się dzisiaj nie pomalowała...". Gdybym wtedy coś piła, to chyba bym z zaskoczenia wypluła wszystko jak fontanna. "Pomalowałam się jak zwykle, bardzo delikatnie". "No bo, źle pani wygląda". I bądź tu człowieku mądry :D Tłumaczę jej, że od dziecka mam skórę białą jak mąka po tacie i sińce pod oczami, a na moje oko (i nie tylko moje) od dawna nie wyglądałam tak dobrze. Solidarność kobieca to mit :P

PS mała jeszcze nie ustawiła się głową do dołu, ale wg lekarza nie ma się czym przejmować.

Sygnały od córki




Jak tu spokojnie poczekać, aż mąż wróci do domu i przywitać go śniadaniem, gdy... Karolina kopie, dając mi znać, że ona też jest głodna ;)

Tania wyprawka?


Gromadzenie sprzętów, przedmiotów, ciuszków itp. itd. już w najgorętszej fazie. Powoli odzywają się znajomi, którzy chcą przekazać Karolince jakieś rzeczy, dziadkowie, którzy nie mogą powstrzymać się przed kupnem małych ubranek i rodzice... My też (a raczej ja, przyznaję się) szukamy powoli rzeczy dla dziecka.

Stawiamy na rzeczy używane, a powodów jest co najmniej kilka:

- aspekt finansowy - nie lubię zarzutów, że oszczędzam na dziecku. Tak nie jest - po prostu uważam, że skoro coś jest dobre, bo używane bardzo krótko, nie zaszkodzi mojemu dziecku, aby tego użyć ponownie. Secondhandy, wymiany ubranek, paczki od znajomych i rodziny - jestem na tak.

- kwestia ekologii - nie żebym była fanatyczką, ale w codziennym życiu staram się choć tymi małymi kroczkami nie pogłębiać problemu naszej planety z nadprodukcją i śmieciami. Bliskie mi są idee wymiany rzeczy, lubię serwisy aukcyjne i ogłoszeniowe (szczególnie tablicę.pl, gdzie znajduję ludzi z mojego miasta i od nich kupuję rzeczy). Jeśli coś jest dobre, warto to odkupić, a nie odprowadzać do tego, że na śmietniskach walają się niezniszczone, użyteczne rzeczy.

- zdrowie - opinie dermatologów są jasne - nowe ubranka dla nawet najmłodszego dziecka nasączone są wieloma chemikaliami. Nie usunie ich jedno pranie, nie zrobi tego powtórzenie tego procesu. Dopiero kilkukrotne pranie "oczyszcza" ubranka. Skoro mam dostęp do ciuszków od dzieci z rodziny, skoro uważam, że ubranka można kupić w sh, dlaczego mam tego nie robić? 

- podejście praktyczne - zawsze uważałam, że wydawanie olbrzymich kwot na np. nowy samochód to marnotrawstwo  Z każdym dniem traci od na swojej wartości. Oczywiście, taki nowy samochód jest bezawaryjny (powinien być), jest niezniszczony itp. itd. Czy po trzech latach nadal jest dobry? Moim zdaniem tak, a znacznie tańszy. Podobnie z innymi rzeczami - marnotrawstwem jest wydawanie małych pieniędzy na rzeczy, które szybko się psują. Mówi się - chytry dwa razy traci. Skoro nie stać mnie na mercedesa z salonu, kupuję używanego - jego klasa, użyte materiały nadal pozwalają cieszyć się sprzętem najlepszej jakości nawet kilka lat po jego produkcji ;)

Tyle tytułem wstępu. Po co? Ponieważ wyprawka naszego dziecka to przede wszystkim rzeczy z drugiej ręki. Z wyboru obojga rodziców tegoż dziecka ;) Musu nie było, a raczej chęć zobaczenia, czy można tanio skompletować naprawdę dobrą jakościowo wyprawkę. Nowe kupuję rzeczy, które ze względów higienicznych nowymi być powinny (tj. butelki, kosmetyki, pieluszki tetrowe, smoczki - o ile je kupię itp.). Czasu mam sporo, śledzę aukcje, portale ogłoszeniowe, rozpytuję wśród znajomych - przed porodem, gdy będę miała wszystko pokuszę się chyba o porównanie, ile wydałam, a ile mogłabym wydać na te same rzeczy, ale nowe. Poniżej ogólna lista tego, co już mamy (zdjęcia poglądowe z internetu).


1. WÓZEK - Bebecar Vector AT 3w1



2. TORBA DO WÓZKA - Babybjorn kuferek


3. PRZEWIJAK PODRÓŻNY - Babybjorn



4. ŁÓŻECZKO - Vox Magnolia 120x60



5. PRZEWIJAK - Ikea Gulliver


6. OTULACZEK - SwaddleMe



7. ŚPIWORKI - Grobag oraz Cartert's

 
+ ręczniczki, kocyki, ciuszki, prześcieradła, wkładka dla noworodka do fotelika i inne tekstylne rzeczy oraz wanienkę (gratis do wózka), laktator avent natural ręczny, nowe butelki avent naturally.

Brakuje nam przewijaka na stolik do przewijania (właśnie szukam), poduszki do karmienia (szukam), kosmetyków (kupię w lutym), rzeczy dla mnie do torby do szpitala (higieniczne, piżama, klapki itp. - kupię w lutym, odsuwam od siebie te zakupy), pieluszek (jednorazowych i tetrowych), podgrzewacza do butelek (kupię, jeśli uda mi się w dobrej cenie wylicytować avent iq ;P), kosmetyczno-higienicznych przyborów dla maluszka (obcinaczki, szczotka miękka, aspirator itp.).

Dostałam, choć nie chciałam (tak, tak - da się tak) leżaczek bujaczek. Zastanawiam się, czy nie puścić go dalej w świat.


Nie dać się zwariować?


Czytam i przeglądam listy wyprawkowe. Już był post o hitach i kitach, ale nadal mam kilka pytań do mam.

1. MONITOR ODDECHU

Najbardziej zastanawia mnie, czy monitory oddechu są:
- dobre
- potrzebne?

Niby duży koszt, ale spokój cenniejszy. Karolinka będzie moim pierwszym dzieckiem i nie wiem, czy prawdą jest, że mama i tak śpi na tzw. czuwaniu. Czy w porę usłyszę, że dzieje się coś złego? Miotają mną sprzeczne emocje - z jednej strony, kiedyś dawano sobie radę bez monitorów, z drugiej, czytałam wiele opinii rodziców, którzy są wdzięczni, że zainwestowali w ten sprzęt.

Jeśli decydować się, to na sam monitor czy monitor z nianią? No już sama nie wiem, czy wariuję, czy przemysł "dzieciowy" zawładnął młodymi rodzicami i straszy ich, aby wcisnąć swoje sprzęty?


2. LEŻACZEK-BUJACZEK

Pisałyście, że się przydaje. Ale... jakoś przemawia do mnie bardziej fakt, że maleństwo od zawsze kładzione było na płasko. Czy ktoś ma wiedzę fachową na temat złego wpływu takich wynalazków na dzieci?


3. CHUSTA CZY NOSIDEŁKO

Mam w domu używane nosidełko babybjorn (od pierwszych dni życia) i zastanawiam się, czy ma sens kupować chustę. Tym bardziej że mąż zapowiedział, że woli nosidło. Jak to jest z tym wynalazkiem? Czy jest dobre, czy nie szkodzi dziecku? Jeśli lepiej chusta, to dlaczego itp. itd.


Więcej pytań na tę chwilę nie mam :)

Co robię?


Kompletuję wyprawkę... Niby mnóstwo czasu, ale zaczęły spływać ciuszki od znajomych, wyciągnęłam pudło ubranek od cioci i zaczęłam buszować w sh. Gdy zobaczyłam, że za grosze mogę kupić dobrej jakości body i pajace, stwierdziłam, że tylko to, czego nie znajdę z drugiej ręki (kupiłam też od pewnej mieszkanki mojego miasta część ciuszków), zakupię w sklepie - może Smyku, może Tesco.

A brakuje - hmm... - niewiele z ciuszków. Zaledwie czapeczek i wierzchnich okryć (tzn. kurteczki, sweterków i bluzy).

Teraz jeszcze pranie, prasowanie i składanie do pudełka na ubranka, a potem... Gdy przyjdzie pora, znowu pranie i prasowanie, ale już układanie w szafce.



Tekst alternatywny