U lekarza


Udało mi się dostać do lekarza. Być może mój wystraszony głos w słuchawce telefonu sprawił, że położna postanowiła "wcisnąć" mnie w kolejkę.

Gdy czekałam na moją kolej pomiędzy kobietami w widocznej ciąży, czułam olbrzymi strach, ale jednocześnie nadzieję, że się nie pomyliłam, że test nie kłamie.

Lekarz stwierdził, że jest widoczny pęcherzyk ciążowy, ale nic więcej nie może powiedzieć. Zrobiło się nam ciepło na sercu, ale też smutno, że jeszcze nic nie jest na pewno.

W głowie mnożyły się pytania: czy pęcherzyk okaże się mieć lokatora, czy ciąża będzie żywa...
Lekarz kazał wziąć urlop (ze względu na wcześniejsze poronienie) i zgłosić się za dwa tygodnie.
Dwa dłuuuugie tygodnie.

Ponieważ za trzy dni miałam zacząć urlop wypoczynkowy, postanowiłam dokończyć pracę, zamknąć pewne sprawy, przygotować koleżanki do mojej długiej nieobecności (o której miały się dowiedzieć dopiero za miesiąc). Potem zaczynałam urlop - mieliśmy jechać na Mazury, zahaczając o Warszawę (aby odwiedzić Kamila), ale ostatecznie postanowiłam leżeć w domu i się nie nadwerężać zgodnie z wytycznymi lekarza. Przed nami był najbardziej stresujący urlop życia.

Odwiedziła mnie Olga (zaplanowała to wcześniej i przyjeżdżała z baaardzo daleka) - niestety trafiła na czas, w którym szczególnie silnie we znaki dawały się hormony ciążowe, dodatkowo moją nerwowość wzmagała niepewność. Olga, przepraszam za swoje okropne ciążowe zachowanie :P

Oprócz rodziców i Olgi nie powiedzieliśmy nikomu, ponieważ nic nie było pewne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tekst alternatywny