6. tydzień ciąży



Stało się. Jestem w ciąży. Test robiłam wczoraj nad ranem – obudziłam się z pełnym pęcherzem i postanowiłam już dłużej nie zwlekać. Godzina 4.29 wykonuję test – krople wprowadzam na test przy łóżku, w którym wyczekuje na wynik na wpół senny Daniel. Mocz jeszcze nie zdążył dotrzeć do kreski C, a już wiemy, już widać. Wyczekane dwie kreski, synonim szczęścia.

Już raz je widzieliśmy, już raz z ich powodu cierpieliśmy. Radość miesza się ze strachem, czy tym razem się uda. Nawet pisząc te słowa, wiem, że ukryję je na dłuższy czas, zanim nie będzie pewności, że jest dobrze, że nasze dziecko przyjdzie na świat.

Odczuwam strach, niepokój, przygniata mnie poczucie obowiązku i staram się nie przegapić żadnych objawów. Przeginam – wsłuchuję się w każde mruknięcie mojego organizmu, a to dopiero drugi dzień odkąd wiem, że jestem w ciąży. Wariuję. Odbija się to na atmosferze między nami – kłócimy się, choć wiemy, że nie powinniśmy. Staramy się spokojnie spędzić popołudnie, ale wszystko mnie drażni. Boję się…

Jutro idę do lekarza, przynajmniej będę się starała, aby mnie przyjął. Do momentu, w którym od niego usłyszę – wszystko w porządku, serduszko bije, ciąża w macicy, wielkość płodu w normie – nie bardzo przyjmuję do wiadomości, że to w końcu to. Że tym razem może się uda. Strach miesza się z radością – strachu jest 90%, radości 10%. Chciałabym, aby te proporcje się odwróciły i wierzę, że pozytywna opinia lekarza właśnie to sprawi.

Boże, daj mi siłę, daj mi spokój, daj mi i dziecku przeżyć ten czas zdrowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tekst alternatywny