Dolegliwości I trymestru


Postanowiłam co jakiś czas spisywać swoje dolegliwości związane z ciąża.
Daniel śmieje się, że to będzie doskonały podręcznik dla naszej córki (o ile będziemy mieć córkę).
Sama wiele bym dała za taki zapis dolegliwości mojej mamy. Na szczęście ona wiele pamięta i służy mi zawsze radą.

Co mi dolegało do 8. tygodnia?

- senność - przez pierwsze tygodnie i pewnie będzie się ciągnęła nadal, muszę spać zaraz po śniadaniu (tak mnie to męczy :P)

- zdenerwowanie - bardzo szybko można wyprowadzić mnie z równowagi

- nudności - szczególnie gdy poczuję zapach kawy, jest to silne na tyle, że Daniel przestał parzyć kawę w domu, tak było mi niedobrze. Co ciekawe, gdy nie czuję kawy, jest w większości czasu dobrze. Nudności dopadają mnie wieczorem, gdy już leżę w łóżku. Znalazłam antidotum - precelki solone i herbatniki! gdy zaczyna mnie mdlić, leżąc przegryzam kilka precelków i jest lepiej. PS nie wymiotuję - choć to niezbyt przyjemna dolegliwość, lekarze mówią, że lepiej, gdy jest - ciąża jest wtedy bezpieczniejsza - ile w tym prawdy?

- ból brzucha, skurcze - po bardziej aktywnym dniu boli mnie podbrzusze (biorę wtedy nospę) i pojawiają się skurcze (mam leżeć i wziąć tabletki)

- ból pleców - do 7. tygodnia strasznie bolały mnie plecy. Ból był na tyle silny, że w pracy nie potrafiłam wysiedzieć w wygodnym krześle więcej jak 3 godzin. resztę dnia spędzałam na stojąco przy biurku [sic!]. Podobnie miała moja koleżanka z pracy, więc może to być dość częsta dolegliwość wczesnej ciąży

- ból piersi - do 7. tygodnia piersi bardzo mocno mnie kłuły, od tego czasu bolały przy dotyku

- rozkojarzenie - w książce przeczytałam, że kobietom w ciąży pod wpływem działania hormonów zmniejsza się objętość mózgu, a zwiększa serca. Ciekawe prawda? Coś w tym jest - od początku ciąży nie potrafiłam się na niczym skupić, nie umiałam dokończyć zadań, choć nigdy nie miałam z tym problemów. Ktoś może powiedzieć, że informacja o ciąży tak mnie rozstroiła, ale... zauważyłam to, zanim dowiedziałam się, że oczekuję dziecka.

PRZYKAZANIA OD LEKARZA:
- dużo leżeć (obawia się skurczów, a co za tym idzie poronienia)
- nie dźwigać
- nie naciągać się
- oszczędzać się
- zachować pogodę ducha (łatwo mówić...)

Drugie USG (8. tydzień)


29 sierpnia nastąpił długo wyczekiwany dzień powtórnej wizyty u lekarza.
Straszny stres, nogi drżały mi jak szalone. Daniel starał się być spokojny, ale też się denerwował.
Gdy przyszło do badania, serce mi stanęło na chwilę. Lekarz nie należy do zbyt wylewnych i rozmownych, więc te kilka sekund ciszy wydawało się być wiecznością.

Nagle się odezwał: "Gratuluję, ciąża jest żywa". Medycznie, prosto, ale jak radośnie dla nas.
Chciałam skakać, Danielowi rozpromieniła się twarz. Gdy doktor puścił nam bicie serca, myślałam,że oszaleję ze szczęścia. Łzy nabiegły mi do oczu. Radość!

Wielkość zarodka: 1,15 cm
Tętno: 156 uderzeń/min
7 tygodni 2 dni

I strach... Myślałam, że z pozytywną diagnozą strach mnie opuści, ale tak się nie stało. Proporcje radości i przestrachu zmieniły się - 50% do 50%.

Zalecenie lekarza do następnej wizyty - koniecznie L4, dużo spać, wypoczywać i się nie stresować.
Na tę wizytę (dzisiejszą) przyniosłam wyniki badań - wszystkie były w porządku.
Lekarz założył mi też kartę ciąży!

Co się dzieje z dzieckiem?
Rozwijają się paluszki rąk i stóp, dziecko waży ok. 0,25 g, determinuje się płeć.





U lekarza


Udało mi się dostać do lekarza. Być może mój wystraszony głos w słuchawce telefonu sprawił, że położna postanowiła "wcisnąć" mnie w kolejkę.

Gdy czekałam na moją kolej pomiędzy kobietami w widocznej ciąży, czułam olbrzymi strach, ale jednocześnie nadzieję, że się nie pomyliłam, że test nie kłamie.

Lekarz stwierdził, że jest widoczny pęcherzyk ciążowy, ale nic więcej nie może powiedzieć. Zrobiło się nam ciepło na sercu, ale też smutno, że jeszcze nic nie jest na pewno.

W głowie mnożyły się pytania: czy pęcherzyk okaże się mieć lokatora, czy ciąża będzie żywa...
Lekarz kazał wziąć urlop (ze względu na wcześniejsze poronienie) i zgłosić się za dwa tygodnie.
Dwa dłuuuugie tygodnie.

Ponieważ za trzy dni miałam zacząć urlop wypoczynkowy, postanowiłam dokończyć pracę, zamknąć pewne sprawy, przygotować koleżanki do mojej długiej nieobecności (o której miały się dowiedzieć dopiero za miesiąc). Potem zaczynałam urlop - mieliśmy jechać na Mazury, zahaczając o Warszawę (aby odwiedzić Kamila), ale ostatecznie postanowiłam leżeć w domu i się nie nadwerężać zgodnie z wytycznymi lekarza. Przed nami był najbardziej stresujący urlop życia.

Odwiedziła mnie Olga (zaplanowała to wcześniej i przyjeżdżała z baaardzo daleka) - niestety trafiła na czas, w którym szczególnie silnie we znaki dawały się hormony ciążowe, dodatkowo moją nerwowość wzmagała niepewność. Olga, przepraszam za swoje okropne ciążowe zachowanie :P

Oprócz rodziców i Olgi nie powiedzieliśmy nikomu, ponieważ nic nie było pewne.

6. tydzień ciąży



Stało się. Jestem w ciąży. Test robiłam wczoraj nad ranem – obudziłam się z pełnym pęcherzem i postanowiłam już dłużej nie zwlekać. Godzina 4.29 wykonuję test – krople wprowadzam na test przy łóżku, w którym wyczekuje na wynik na wpół senny Daniel. Mocz jeszcze nie zdążył dotrzeć do kreski C, a już wiemy, już widać. Wyczekane dwie kreski, synonim szczęścia.

Już raz je widzieliśmy, już raz z ich powodu cierpieliśmy. Radość miesza się ze strachem, czy tym razem się uda. Nawet pisząc te słowa, wiem, że ukryję je na dłuższy czas, zanim nie będzie pewności, że jest dobrze, że nasze dziecko przyjdzie na świat.

Odczuwam strach, niepokój, przygniata mnie poczucie obowiązku i staram się nie przegapić żadnych objawów. Przeginam – wsłuchuję się w każde mruknięcie mojego organizmu, a to dopiero drugi dzień odkąd wiem, że jestem w ciąży. Wariuję. Odbija się to na atmosferze między nami – kłócimy się, choć wiemy, że nie powinniśmy. Staramy się spokojnie spędzić popołudnie, ale wszystko mnie drażni. Boję się…

Jutro idę do lekarza, przynajmniej będę się starała, aby mnie przyjął. Do momentu, w którym od niego usłyszę – wszystko w porządku, serduszko bije, ciąża w macicy, wielkość płodu w normie – nie bardzo przyjmuję do wiadomości, że to w końcu to. Że tym razem może się uda. Strach miesza się z radością – strachu jest 90%, radości 10%. Chciałabym, aby te proporcje się odwróciły i wierzę, że pozytywna opinia lekarza właśnie to sprawi.

Boże, daj mi siłę, daj mi spokój, daj mi i dziecku przeżyć ten czas zdrowo.
Tekst alternatywny