Studniówka w Sylwestra!


Do terminu porodu zostało dokładnie 100 dni. Gdy parę dni temu mówiłam Danielowi, że za niedługo studniówka, spojrzał na mnie jak na nienormalną i pokiwał głową, mówiąc: "Ale co nam do tego?". Dopiero po wyjaśnieniu stwierdził, że: "Uhm, teraz zmienia to znaczenie. Tylko 100 dni..." :)

Tylko lub aż? Jak odczuwacie to doświadczone mamusie? Ja mam wrażenie, że czas ostatnio stoi w miejscu, dni wloką się i zamiast tygodnia mija dzień. Być może w nowym roku coś ruszy i jeszcze z przestrachem w sercu będę głowiła się, czy zdążę spakować torbę do szpitala? Kto wie...

A dziś oprócz studniówki naszej prywatnej jest Sylwester. No i... Wczoraj po południu dowiedzieliśmy się, że znajomi, którzy mieli organizować imprezę, leżą zmorzeni grypą. Pozostali zaplanowali dość ciekawe, ale nie dla ciężarnych atrakcje, więc dziś poszukujemy lokum i towarzystwa. Gdzie wylądujemy? Tego nie wiemy.


Brzuch...





Stan na 29 grudnia 2012 r. Za dwa dni zostanie nam 100 dni do terminu porodu. Obwód brzucha od przedwczoraj nie zmienił się (na szczęście) i wynosi 102 cm w najszerszym miejscu. PS Czy wasze brzuszki też zyskały takie sterczące włoski w ciąży? ;)





Początek 26 tygodnia


Dziś jest 25t1d ciąży, czyli wg niektórych zaczynam 26 tydzień ciąży (według innych jestem w 25). Na szczęście gorączka została zwalczona połówką apapu i od soboty nie ma po niej śladu. Katar jeszcze trochę mnie męczy, ale kaszel już sobie poszedł.

Zmierzyłam dziś z ciekawości obwód brzucha i.... oj, zdziwiłam się mocno - mam już 102 cm w najszerszym miejscu! Nie wyglądam źle, przytyłam tylko 7 kilogramów, a mimo to brzuch mam jak niejedna mama przed samym porodem. Ciekawe, ile jeszcze mi przybędzie przez te trzy miesiące? :)  

Nasza służba zdrowia


Mój suchy kaszel był tylko zapowiedzią większej infekcji wirusowej. Od rana temperatura rosła mi regularnie co kilka kresek i koło północy doszła do 38,2 stopni C. Wtedy postanowiłam pojechać do przychodni nocnej, aby skonsultować z lekarzem, czy bijamy i czym gorączkę. I się zaczęło...

Podchodzę do rejestracji i na pytanie: "Co się dzieje?", mówię: "Ciężarna  gorączką". W odpowiedzi pada jedynie "O, o, oł". Średnio zachęcające. Czekam pod gabinetem, a tam przyjmuje mnie chłopak młodszy ode mnie (zaraz po studiach 24, 25 lat). Na biurku kładę kartę ciąży i mówię, że przyjechałam ze względu na gorączkę w ciąży. Ok, sprawdzanie gardła z latarką z komórki (!) i potem badanie osłuchowe klatki piersiowej. Tak się mnie krępował, że nie spojrzał na mnie ani razu - nic to.

Po badaniu zaczyna wypisywać recepty - widzę nazwy, których nie powinno być, ale czekam na finał. Pada pytanie o to, czy regularnie przyjmuję jakieś leki, mówię, że aspargin i witaminy dla kobiet w ciąży. I tu sedno: "To pani jest w ciąży!?". No myślałam, że spadnę z krzesła! Brzuch jak piłka do kosza, a on się mnie pyta o takie coś. 

Mówię, że owszem, że ma przed oczami moją kartę ciąży i że pierwsze co powiedziałam, wchodząc do gabinetu, że jestem w 25 tygodniu. No i zaczął się kłopot, bo "pan doktor" nie miał jeszcze chyba kontaktu z chorą ciężarną. Kazał mi brać (uwaga!) ibuprom na bicie gorączki, cholinex na gardło, porządnie się wygrzać. Wszystko, czego nie wolno. O nic nie pytałam więcej, wyszłam.

Czy my naprawdę musimy płacić za takich specjalistów? Rozumiem, że gdzieś zawodu trzeba się nauczyć, ale dlaczego w przychodni nocnej, gdzie są przeważnie trudne przypadki? Dlaczego ma się to odbywać naszym kosztem? Gdyby nie fakt, że wiedziałam, że zamiast ibubrofenu można zażyć paracetamol, a zamiast cholinexu tamtum verde w odpowiedniej dawce, mogłabym zaszkodzić córce...

Nie mów do mnie słodka...


Mam wyniki wczorajszego badania - wyszło 133 przy normie do 140. Nie powiem, żeby mi nie ulżyło, ale - pilnować się trzeba i już!

A teraz wycieczka do przychodni z moim kaszlem - ech...

Kaszlolot


Primo - glukoza przeszła niezauważalnie, tylko raz musiałam wziąć głębszy oddech, gdy zrobiło mi się niedobrze. Wczoraj miałam istny maraton - w domu byłam o 19 i padłam do łóżka o 22. Niestety Karolina nie była zadowolona, że mama zjadła ostatni posiłek o 17.30. więc o 3.30 obudziła mnie tańcem "nakarm mnie". Tak się kotłowała, mi burczało w brzuchu, że postanowiłam szukać najszybciej otwieranego laboratorium w mieście. Udało się - o 6.55 stałam grzecznie pod jego drzwiami, zdziwiona, że nie ma kolejki. Kolejnym szokiem było dla mnie to, że prze te ponad dwie godziny, które tam spędziłam, na badania przyszły w sumie trzy osoby! Lux! :) Po wypiciu glukozy, staaaaaaaasznie chciało mi się spać. trochę niewygodnie śpi się w poczekalni, siedząc na krześle, ale trochę pomysłowości, sweterek i oparta o ścianę przedrzemałam ponad godzinę. Potem pobieranie i bieg po bułkę! 

Wracając, odwiedziłam koleżanki z pracy, w domu wylądowałam o 12 i... prosto do łóżka - spałam aż do 15 ;)

Ale nie o tym miał być post...

Secundo - zawsze tak jest, że gdy człowiek zostaje sam i sam o sobie musi się zatroszczyć, to wtedy przyplątują się wszystkie choroby? U nas to jest chyba normą. Daniel w delegacji, a ja kaszlę i kaszlę, i kaszlę. Gorączki brak, kataru też nie ma, tylko ten kaszel. Nie poszłam dziś na zajęcia szkoły rodzenia, bo nie chcę pogarszać swojego stanu. Znacie jakieś dobre domowe sposoby na to cholerstwo? Kaszel suchy - zastanawiam się, czy nie jest alergiczny...

Drugie podejście...


No i masz babo placek! Wynik badania obciążenia glukozą 141 mg, o jeden za dużo. Chwyciłam za telefon i do położnej (pracuje razem z moim lekarzem). Ona mówi, że w takim razie powtórka, ale z dawką 75 g glukozy. Może tym razem mnie zemdli? Tak się cieszyłam, że to już za mną, a tutaj repeta.

Z tego, co zrozumiałam, badanie mam powtórzyć jutro, aby na następną wizytę mieć już pełny zakres informacji, a przede wszystkim wiedzieć, jak to ze mną jest, aby w razie cukrzycy świątecznym obżarstwem nie zaszkodzić Karolinie.

Czy któraś z Was od razu miała powtórkę badania? 

PS U mnie w aptece 50 g glukozy jest droższe niż 75 g - a mówią, że nie można mieć tego samego, tylko więcej, za mniej :P



Glukozowo!


Ech, ostatni raz nastawiam się jakkolwiek do badań, zabiegów leczniczych i innych. Testem obciążenia glukozą straszono mnie niemiłosiernie - że się nie da wypić, że od razu chce się wymiotować, że robi się słabo, gorąco, niedobrze, a tu... NIC.

Powiem więcej, lekarz NAKAZAŁ wcisnąć do roztworu całą cytrynę i wypiłam to to ze smakiem. Powtórzę - wypiłam roztwór glukozy 50 g  przyjemnością ;) 

Czekałam na okropne skutki uboczne i znowu NIC. Ponoć niektórzy tak mają. Cieszę się, że nie spotkały mnie jakieś nieprzyjemności, a teraz czekam na wynik (właściwie wyniki - robiłam też morfologię, toxo, mocz).

Nic nie jest chyba na tyle skomplikowane, aby wyniki miały być w innym terminie niż jutro (zapomniałam zapytać, kiedy się po nie głosić). 

Piernikowy poniedziałek


Zgodnie z wczorajszym planem działania, mam za sobą już ozdabianie pierników. Tylko ozdabianie, ponieważ od pieczenia "wykpiłam się". Jednak pieczenie takiej ilości ciastek wymaga co najmniej kilku godzin na nogach. Ostatecznie pierniczki upiekła moja mama, a ja poświęciłam i tak kilka godzin na ich polukrowanie i obsypanie słodkościami ;)

Pomimo pluchy za oknem, zaczęłam czuć atmosferę świąt. Skończyłam prezenty robione ręcznie, spakowałam te kupione (reszta jutro). Słucham tylko "Trójki", więc na szczęście jeszcze nie miałam okazji posłuchać hitów "Last Christmas" itp., a te które słyszę w radio, powoli wprowadzają nas w świąteczny czas :)

To będą niezwykłe święta. Nie tylko ze względu na mój odmienny stan, ale także ze względu na dokładnie taki sam stan mojej bratowej. Tak, tak - między naszymi ciążami jest różnica jedynie trzech tygodni. Co jest jeszcze bardziej niezwykłe? Mój brat, to brat bliźniak :)






Plan tygodnia


Dziś, planując zadania na cały tydzień, uświadomiłam sobie, że pomimo świetnego samopoczucia na tym etapie ciąży są pewne ograniczenia. Choćby niewystarczające zasoby energii. Przed ciążą byłam w stanie jednego dnia ogarnąć kilka ważnych spraw - w różnych częściach miasta, w różnych tematach itp. 

Gdy zaczęłam rozmyślać, co zrobię jutro, najpierw na listę wrzuciłam badania (poziom glukozy, morfologia i inne), wizytę w urzędzie (w innej części miasta), sprawy domowe (pakowanie prezentów, pierniki, obiad) i na koniec kilka godzin za biurkiem przy komputerze (też nie w domu i do północy).

Gdy przemyślałam sprawę jeszcze raz, okazało się, że aby wieczorem mieć czas na pracę (do późna), muszę oszczędzać się w ciągu dnia. Jeśli będę dużo łazić, wieczorem nie usiedzę przy biurku z powodu bólu pleców, który towarzyszy mi z różnym natężeniem od początku ciąży. Ostatecznie te wszystkie zadania (i oczywiście kilka innych) przerzuciłam na poszczególne dni tygodnia. Plan rozpisany leży na szafce i czeka na realizację.

Ciąża to niby nie choroba, ale chcąc, nie chcą, zwolnić tempo trzeba - bo organizm, w moim przypadku, domaga się odpoczynku, spokoju i większej dbałości. Poza tym, z takim brzuchem... ;)


Źle pani wygląda...


Wczoraj miałam wizytę u ginekologa. Uff... Wszystko dobrze! Szyjka się wydłużyła (ostatnio lekarz podejrzewał, że mogła zacząć się skracać). Tętno dziecięcia idealne. Moje dobre samopoczucie też nie umknęło uwadze pana doktora. Odstawiam leki, zostaje tylko aspargin i witaminy, ale... Te mam brać co drugi, trzeci dzień (wyłącznie ze względu na zawartość żelaza, cynku, kwasu foliowego - same witaminy, wg doktora, dostarczam i tak w jedzeniu).

I jeszcze historyjka o różnicy postrzegania przez mężczyzn i kobiety. Od paru dni czuję się naprawdę dobrze, nic mnie nie boli, wysypiam się, dziecko daje o sobie znać. Daniel mówi, że wyglądam kwitnąco - dlaczego miałabym mu nie wierzyć ;) Lekarz też powiedział, że bardzo dobrze wyglądam, a potem poszłam do położnej zmierzyć ciśnienie i wagę. 

A tam... Pani posadziła mnie na krześle, spojrzała mi w twarz i mówi: "Pani się dzisiaj nie pomalowała...". Gdybym wtedy coś piła, to chyba bym z zaskoczenia wypluła wszystko jak fontanna. "Pomalowałam się jak zwykle, bardzo delikatnie". "No bo, źle pani wygląda". I bądź tu człowieku mądry :D Tłumaczę jej, że od dziecka mam skórę białą jak mąka po tacie i sińce pod oczami, a na moje oko (i nie tylko moje) od dawna nie wyglądałam tak dobrze. Solidarność kobieca to mit :P

PS mała jeszcze nie ustawiła się głową do dołu, ale wg lekarza nie ma się czym przejmować.

Sygnały od córki




Jak tu spokojnie poczekać, aż mąż wróci do domu i przywitać go śniadaniem, gdy... Karolina kopie, dając mi znać, że ona też jest głodna ;)

Tania wyprawka?


Gromadzenie sprzętów, przedmiotów, ciuszków itp. itd. już w najgorętszej fazie. Powoli odzywają się znajomi, którzy chcą przekazać Karolince jakieś rzeczy, dziadkowie, którzy nie mogą powstrzymać się przed kupnem małych ubranek i rodzice... My też (a raczej ja, przyznaję się) szukamy powoli rzeczy dla dziecka.

Stawiamy na rzeczy używane, a powodów jest co najmniej kilka:

- aspekt finansowy - nie lubię zarzutów, że oszczędzam na dziecku. Tak nie jest - po prostu uważam, że skoro coś jest dobre, bo używane bardzo krótko, nie zaszkodzi mojemu dziecku, aby tego użyć ponownie. Secondhandy, wymiany ubranek, paczki od znajomych i rodziny - jestem na tak.

- kwestia ekologii - nie żebym była fanatyczką, ale w codziennym życiu staram się choć tymi małymi kroczkami nie pogłębiać problemu naszej planety z nadprodukcją i śmieciami. Bliskie mi są idee wymiany rzeczy, lubię serwisy aukcyjne i ogłoszeniowe (szczególnie tablicę.pl, gdzie znajduję ludzi z mojego miasta i od nich kupuję rzeczy). Jeśli coś jest dobre, warto to odkupić, a nie odprowadzać do tego, że na śmietniskach walają się niezniszczone, użyteczne rzeczy.

- zdrowie - opinie dermatologów są jasne - nowe ubranka dla nawet najmłodszego dziecka nasączone są wieloma chemikaliami. Nie usunie ich jedno pranie, nie zrobi tego powtórzenie tego procesu. Dopiero kilkukrotne pranie "oczyszcza" ubranka. Skoro mam dostęp do ciuszków od dzieci z rodziny, skoro uważam, że ubranka można kupić w sh, dlaczego mam tego nie robić? 

- podejście praktyczne - zawsze uważałam, że wydawanie olbrzymich kwot na np. nowy samochód to marnotrawstwo  Z każdym dniem traci od na swojej wartości. Oczywiście, taki nowy samochód jest bezawaryjny (powinien być), jest niezniszczony itp. itd. Czy po trzech latach nadal jest dobry? Moim zdaniem tak, a znacznie tańszy. Podobnie z innymi rzeczami - marnotrawstwem jest wydawanie małych pieniędzy na rzeczy, które szybko się psują. Mówi się - chytry dwa razy traci. Skoro nie stać mnie na mercedesa z salonu, kupuję używanego - jego klasa, użyte materiały nadal pozwalają cieszyć się sprzętem najlepszej jakości nawet kilka lat po jego produkcji ;)

Tyle tytułem wstępu. Po co? Ponieważ wyprawka naszego dziecka to przede wszystkim rzeczy z drugiej ręki. Z wyboru obojga rodziców tegoż dziecka ;) Musu nie było, a raczej chęć zobaczenia, czy można tanio skompletować naprawdę dobrą jakościowo wyprawkę. Nowe kupuję rzeczy, które ze względów higienicznych nowymi być powinny (tj. butelki, kosmetyki, pieluszki tetrowe, smoczki - o ile je kupię itp.). Czasu mam sporo, śledzę aukcje, portale ogłoszeniowe, rozpytuję wśród znajomych - przed porodem, gdy będę miała wszystko pokuszę się chyba o porównanie, ile wydałam, a ile mogłabym wydać na te same rzeczy, ale nowe. Poniżej ogólna lista tego, co już mamy (zdjęcia poglądowe z internetu).


1. WÓZEK - Bebecar Vector AT 3w1



2. TORBA DO WÓZKA - Babybjorn kuferek


3. PRZEWIJAK PODRÓŻNY - Babybjorn



4. ŁÓŻECZKO - Vox Magnolia 120x60



5. PRZEWIJAK - Ikea Gulliver


6. OTULACZEK - SwaddleMe



7. ŚPIWORKI - Grobag oraz Cartert's

 
+ ręczniczki, kocyki, ciuszki, prześcieradła, wkładka dla noworodka do fotelika i inne tekstylne rzeczy oraz wanienkę (gratis do wózka), laktator avent natural ręczny, nowe butelki avent naturally.

Brakuje nam przewijaka na stolik do przewijania (właśnie szukam), poduszki do karmienia (szukam), kosmetyków (kupię w lutym), rzeczy dla mnie do torby do szpitala (higieniczne, piżama, klapki itp. - kupię w lutym, odsuwam od siebie te zakupy), pieluszek (jednorazowych i tetrowych), podgrzewacza do butelek (kupię, jeśli uda mi się w dobrej cenie wylicytować avent iq ;P), kosmetyczno-higienicznych przyborów dla maluszka (obcinaczki, szczotka miękka, aspirator itp.).

Dostałam, choć nie chciałam (tak, tak - da się tak) leżaczek bujaczek. Zastanawiam się, czy nie puścić go dalej w świat.


Nie dać się zwariować?


Czytam i przeglądam listy wyprawkowe. Już był post o hitach i kitach, ale nadal mam kilka pytań do mam.

1. MONITOR ODDECHU

Najbardziej zastanawia mnie, czy monitory oddechu są:
- dobre
- potrzebne?

Niby duży koszt, ale spokój cenniejszy. Karolinka będzie moim pierwszym dzieckiem i nie wiem, czy prawdą jest, że mama i tak śpi na tzw. czuwaniu. Czy w porę usłyszę, że dzieje się coś złego? Miotają mną sprzeczne emocje - z jednej strony, kiedyś dawano sobie radę bez monitorów, z drugiej, czytałam wiele opinii rodziców, którzy są wdzięczni, że zainwestowali w ten sprzęt.

Jeśli decydować się, to na sam monitor czy monitor z nianią? No już sama nie wiem, czy wariuję, czy przemysł "dzieciowy" zawładnął młodymi rodzicami i straszy ich, aby wcisnąć swoje sprzęty?


2. LEŻACZEK-BUJACZEK

Pisałyście, że się przydaje. Ale... jakoś przemawia do mnie bardziej fakt, że maleństwo od zawsze kładzione było na płasko. Czy ktoś ma wiedzę fachową na temat złego wpływu takich wynalazków na dzieci?


3. CHUSTA CZY NOSIDEŁKO

Mam w domu używane nosidełko babybjorn (od pierwszych dni życia) i zastanawiam się, czy ma sens kupować chustę. Tym bardziej że mąż zapowiedział, że woli nosidło. Jak to jest z tym wynalazkiem? Czy jest dobre, czy nie szkodzi dziecku? Jeśli lepiej chusta, to dlaczego itp. itd.


Więcej pytań na tę chwilę nie mam :)

Co robię?


Kompletuję wyprawkę... Niby mnóstwo czasu, ale zaczęły spływać ciuszki od znajomych, wyciągnęłam pudło ubranek od cioci i zaczęłam buszować w sh. Gdy zobaczyłam, że za grosze mogę kupić dobrej jakości body i pajace, stwierdziłam, że tylko to, czego nie znajdę z drugiej ręki (kupiłam też od pewnej mieszkanki mojego miasta część ciuszków), zakupię w sklepie - może Smyku, może Tesco.

A brakuje - hmm... - niewiele z ciuszków. Zaledwie czapeczek i wierzchnich okryć (tzn. kurteczki, sweterków i bluzy).

Teraz jeszcze pranie, prasowanie i składanie do pudełka na ubranka, a potem... Gdy przyjdzie pora, znowu pranie i prasowanie, ale już układanie w szafce.



Fanfary proszę!


Wczoraj przed spaniem (spaniem taty, a nie dziecka i mamy :P) Daniel poczuł kopniaki - dwa razy! Szczęśliwie złożyło się tak, że przyłożył opuszki palców dokładnie w miejsce, w które kopnęła Karolina, przy położeniu całej dłoni nie czuł dotyku o tej samej sile.

Oto zapisuję datę 28-29 listopada (okolice północy) jako czas, gdy dziecko postanowiło ujawnić się również ojcu :)

Wita Państwa Karolina!


Już po badaniu. Ufff, uciekł ze mnie cały stres. Przemiła pani doktor przez ponad 40 minut dokładnie oglądała nasze dziecię centymetr po centymetrze. Niby człowiek wie już, że USG jest bardzo precyzyjne (jeśli lekarz wie, czego szuka i wie, ja to wygląda), ale widok serduszka podzielonego na komory i przedsionki zwalił z nóg nie tylko mnie (dosłownie, bo leżałam :P), ale i Daniela, który na ten temat wdał się w pogawędkę z lekarką :)

Dziecię potwierdziło się być dziewczynką - pani doktor kilkukrotnie wracała w rejony intymne. Serduszko, żołądek, główka, kości udowe i ramieniowe, fał karkowy, kość nosowa itp. itd. Wszystko obejrzane, zapisane na kartce z USG. Nie mamy powodów do niepokoju - słowa lekarki.

Poza badaniem USG miałam też od razu wizytę kontrolną u mojego lekarza. Wszystko dobrze, tylko szyjka się skróciła (i tak jest dość długa, bo 36 mm). Pan doktor uspokaja, że z szyjką wszystko odbywa się dynamicznie (cytuję) i dopiero wnikliwa obserwacja kilku wyników podczas kolejnych badań pozwala postawić diagnozę, że jest to niebezpieczne. Wcześniej miałam krótszą szyjkę, która przez ostatni miesiąc się wydłużyła i teraz znowu jest krótsza. Nic to, do następnego badania mam się oszczędzać i tyle.

Wracając do bohaterki dzisiejszego posta. Poniżej wita się z Państwem Karolina, która waży już 425 g.




Bezsenna noc


Ostatnio (tzn. od dwóch, trzech tygodni) kładę się spać bardzo późno. Dziecię zaczyna harce po północy, więc kładę się około 2.00 lub nawet 2.30. Potem dosypiam rano do 9. Nie było więc nic dziwnego wczoraj, gdy Daniel postanowił iść spać, a ja nadal nie byłam śpiąca. Pomyślałam - poszperam w internecie i się zmęczę. 

Ooo... Jakie było moje zdziwienie, gdy po północy młoda się uaktywniła i okopywała mnie aż do godziny 4.30! Najpierw pomyślałam, że kopanie zaczęło się po "zaaplikowaniu" luteiny, którą nadal przyjmuję, ale... Wyjrzałam za okno, a tam wieeeelki, jasny księżyc. I wszystko stało się oczywiste.

Przed ciążą miałam problemy ze snem w pełnię, a jeśli dołożyć do moich nocnych niepokojów bezsenność w pełnię Karoliny, mamy nieprzespaną noc. Dodatkowo dziecko domagało się o 3 jedzenia. Co było robić? Śniadanie i kubek gorącego kakao, aby jednak spróbować zasnąć. Udało się przed 5. 

Oprócz pełni, do mojej bezsenności dołożył się lekki stres przed dzisiejszym badaniem połówkowym (pisałam o tym ostatnio). Niby już wyluzowałam, jestem spokojniejsza, ale... podświadomość działa.

Trzymajcie kciuki, dziś po 15 wizyta. 

Lekkie drżenie


Za dwa dni badanie połówkowe, przyznam, że się trochę boję. Niby każdy przez to przechodzi, niby wiem, że jakakolwiek informacja nic nie zmieni, ale jakoś tak... Pewnie każda z Was tak miała. Nie ukrywam, że badania usg zawsze wiążą się u mnie ze strachem, czy aby wszystko na pewno jest dobrze.

W czasie ostatniej wizyty na IP, przy podejrzeniu wyrostka, padło stwierdzenie, że mam zastój moczu w prawej nerce. Robiłam badanie moczu i jest ok. - bakterie dość liczne i nic więcej. Lekarz ma się z tym zapoznać w środę. Mam nadzieję, że to nic groźnego dla dziecka i dla mnie.

W takim lekkim drżeniu oczekuję na środę, godzinę 15.10. 


Bezpośredniość


Magia bezpośredniego zwracania się do małej przyniosła skutki! Odkąd wiemy, że jest "oną" (tzn. na 90%) i mówimy do brzucha per Karolina, młoda... uaktywniła się i zaczęłam czuć kopniaki :):):)

Hurrrrra! Zorientowałam się po dobrej chwili, że coś się dzieje. Pomyślałam "Hola, hola, chyba dziecię mnie kopie". Potem kilka prób tatusia, aby usłyszeć choć dźwięk kopania i udało się :)

Północ to zdecydowanie dobra pora dla naszej małej. Starsznie się cieszę i ogłaszam przełom 22 i 23 listopada jako czas pierwszych aktywnych i wyczuwalnych ruchów. Mam nadzieję, że to znowu nie jest tylko fałszywy alarm.

Karolinko, dawaj o sobie znać częściej :)


Połówka!


Ponoć teraz to już czas przyspieszy. Prawda to? :) Dziś dokładnie przypada dzień, w którym minęło 140 dni i tyle samo zostało do terminu porodu. Niby chciałabym powiedzieć, to już, ale ciągle z tyłu głowy mam - to jeszcze tyle zostało?

Najwyższa pora, aby nasze dziecię otrzymało imię, którym będziemy zwracać się do brzucha. Ponieważ wczoraj w okolicznościach IP dziecko pokazało w końcu, co ma między nogami, mogę oficjalnie przedstawić naszego żeńskiego potomka jako...

KAROLINKĘ

Imię wpadło mi do głowy ot tak, jakiś czas temu. Co do chłopaka było ustalone, ale dziewczyna - no jak ją nazwać i po prostu, pierwsze skojarzenie, pierwsza myśl, naprawdę nie rozpatrywałam wcześniej takiej opcji. Spodobało się Danielowi i postanowiliśmy - będzie Karolina.


PS Moje wczorajsze lęki dotyczące bólów "wyrostkopodobnych" na szczęście się nie sprawdziły. Dziś obudziłam się bez bólu. Cały dzień miałam lekką dietę i okazało się, że mi przeszło. Ból zszedł niżej i dziś czułam więzadło (ci lekarze mają jednak wiedzę :)



Znowu IP


Taki spokojny dzień miał być - ptaszki, kocyki, zabawki, a tu niestety trzeba było zebrać się na IP. W nocy obudziłam się z bólem z prawej strony. Był do zniesienia, ale powtarzał się dosyć regularnie. Po całym dniu obserwacji, nospie i leżeniu, pojechaliśmy do szpitala, aby zobaczyć "co zacz".

Okazało się, że mój lekarz ma dyżur i znowu potraktowano nas baaardzo przyzwoicie (położna na oddział dzwoniła, rozpoczynając zdaniem: "Mam tutaj pacjentkę dra ...").

Baliśmy się, że to wyrostek - niestety nie jest on wykluczony na 100%, ale lekarz po badaniu i usg stwierdził, że może to dolegliwości jelitowe lub więzadło z jednej strony. Na oddziale nie musiałam zostawać, ale mam się obserwować. Jeśli ból będzie się wzmagał, koniecznie wrócić do szpitala.

Uprzedził mnie również, że w razie (tfu, tfu) wyrostka, muszę wiedzieć o ryzyku jakie niesie operacja w stosunku do dziecka. Przeraziło mnie to, wierzę, że to nie wyrostek (ponieważ poza bólem - delikatnym i pulsującym co jakiś czas, nie mam innych typowych objawów). Lekarz jest dobrej myśli.

PS okazało się, że mam w prawej nerce zastój moczu, jutro mam robić badanie.
Najważniejsza rzecz z dzisiejszego badania.... DZIEWCZYNKA! na odchodne doktor szczęśliwemu tacie powiedział tylko z uśmiechem "Za tydzień potwierdzimy".


Pobudka o... 3 w nocy i pomysły


Zastanawiałam się ostatnio, jak to jest obudzić się w środku nocy i być wyspaną. Przeczytałam na którymś blogu, że dziewczyna w ten sposób spędza większość nocy. Że budzi się wysana i głodna. Jak to, pomyślałam - science fiction. Do tej pory budziłam się kilka razy każdej nocy z powodu bólu biodra. Teraz ból ustał i rzespałam całe trzy noce "ciągiem", a dziś... po czterech godzinach snu pobudka.

Przewracanie na bok nic nie dało. Musiałam wstać, zjeść pełnowartościowe śniadanie i zająć się swoimi sprawami. Obudził się też kot i dotrzymał mi towarzystwa. Co można robić w nocy? Poczytać najświeższą relację przyjaciół opowiadającą o ich wyprawie do Nowej Zelandii (tu), poszperać na pinterest, szukając inspiracji dla dzieciątka (tzn. co uszyć, aby było ładne), przejrzeć tkaniny i szykować się do szycia, gdy tylko małżonek się obudzi :)


Co będę na pewno szyć?

1. Huśtające się ptaszki na patyku - zabawkę nad łóżeczko uszytą lub origami
    (te ogólnodostępne są jakieś takieś...)






2. Śliniaki i ręczniczki multikolorowe





3. Kocyk do fotelika i spacerówki (dostałam mięciutki, ale niezbyt ciekawy - muszę przerobić)





4. Zasłonkę do łóżeczka (tzw. spódniczkę")





5. Maskotki i zabawki





6. Przewijak "turystyczny"





7. Owijaczek (jeśli starczy chęci, materiałów i... umiejętności)





8. Kocyk z szydełkowych kwadratów (nie jest to szycie, ale też rękodzieło, poniżej rozpoczęty kocyk) ;)





Po cichu, po wielkiemu cichu...


Dziecię nasze nie chce się ujawnić ani w sferze intymnej (zaciska nóżki w czasie badania), ani w sferze codziennej (nie daje o sobie znać kopniakami).

Jedno uderzenie pod żebrami w piątek i cisza. Od tego czasu nasłuchuję, oglądam brzuch i męczę Daniela, aby słuchał, co się dzieje w środku. Niby wiem, że mam łożysko na przedniej ścianie i może trzeba będzie nam jeszcze trochę czekać, ale z drugiej strony, skoro już raz kopnęło, to może teraz ta cisza jest złym sygnałem?

Wiem, że większość "pierworódek" ma takie same dylematy, szczególnie te, którym minął 20. tydzień i nadal nic. Wiem, że powinnam spokojnie czekać, ale jakoś tak... Uspokoić się nie mogę w 100 procentach.

Już nawet robiłam test słodkiego pół godziny przed obserwacją i... nic. Tylko popukiwanie i przelewanie, co do którego nie mam pewności, czy to nie jelita. Za tydzień w środę (28 listopada) mamy badanie połówkowe, które wypadnie dokładnie w 21 w 0 d. 

Dzięcię, zlituj się i daj o sobie znać.

Kopniak!


Zapomniałam napisać. Wczoraj o godz. 8 poczułam kopniaka! Jednego, dokładnie w to miejsce, gdzie trzymałam rękę. Jestem pewna, to nie mogło być nic innego. Prawda? Prawda? :)

Od wczoraj cisza - tylko delikatne pukanie słyszalne wieczorem w łóżku, ale kopniak był. Czekam na więcej. To chyba tak jest, że po pierwszym kopnięciu nie następuje od razu lawina kolejnych?

Szybka decyzja



Może jestem nienormalna, może to zdecydowanie za szybko, ale tak kończy się oglądanie aukcji internetowych wózków...

Mamy brykę dla dziecięcia. Jeszcze nie znamy płci. Jeszcze jest bardzo dużo czasu. Jeszcze... Jeszcze... Po znalezieniu aukcji niedaleko nas, w cenie o niebo, niebo, niebo niższej niż standardowo, zapytałam Daniela jedynie, czy jestem wariatką, że chcę już, że kupimy już. Odpowiedź była krótka - nie wierz w zabobony. I ruszyliśmy w trasę, aby zobaczyć wózek. 

Na miejscu okazało się, że stan jest świetny, pani dokładnie opisała go w aukcji, zrobiła zdjęcia i nic nas nie zaskoczyło. Po trzech minutach= decyzja - bierzemy. Gratis dorzucono wanienkę.

Oto jesteśmy posiadaczami Bebecar Vector AT 3w1 w kolorze oliwkowym. Wózek ma wieeeelkie pompowane koła, skrętną (blokowaną) przednią oś, wielką gondolę, koszyk na zakupy zawieszony wysoko i z pojemnością do 5 kg i świetne rozwiązania mocowania elementów do stelaża. Testy z pasażerem przewidziane na wiosnę ;)

Zrobiłam "aż" jedno zdjęcie. Jednak ściąganie i nakładanie poszczególnych elementów wózka z brzuchem jest bardziej uciążliwe ;)




Wyprawka - kity i hity


Drogie blogowe mamy, kobiety z doświadczeniem, którego mi brakuje. Głowię się już jakiś czas nad tym, czy wszystkie gadżety, kosmetyki, ciuchy i inne duperele są rzeczywiście niezbędne przy pierwszym dziecku. Może to raczej nagonka producentów, którzy wpędzają rodziców w poczucie winy jeśli czegoś nie zakupią?

Poniżej zamieszczam listy wyprawkowych kitów i hitów stworzoną na podstawie opinii rodziców z internetu. Komentujcie, proszę, co MUSZĘ kupić, a co jest ZBĘDNE. Co jest potrzebne, a co tylko ładnie wygląda i kosztuje kupę pieniędzy.

Może część artykułów przydaje się dopiero za jakiś czas i warto podzielić zakupy na etapy rozwoju dziecka?


1. RZECZY ZBĘDNE (?) - wg opinii rodziców rozsianych w internecie:

- elektroniczna niania (mamy małe mieszkanko, a łóżeczko dziecka jest w sypialni, sypialnia zaraz obok kuchni i salonu), ale... później wyjazdy do dziadków, a tam duży dom bądź tu mądry)

- misie chłonące zapach mamy (z jakiejś specjalnej wełny) - może wystarczy koszulka, w której mama chodziła cały dzień?

- rożek dla niemowlaka - ponoć szybko z niego dziecko wyrasta, prawda to? Jakie macie doświadczenia?

- płyta z nagranym biciem serca - nie wiedziałam o tym!

- nawilżacz powietrza - ponoć niedobry dla alergików

- sterylizator - jak to? Znacie odpowiedź???

- termosy na butelki - ponoć nie trzymają ciepła

- odciągacz do pokarmu - czy rzeczywiście dziecko najlepiej spełnia tę rolę?

- przewijak (?) - co w zamian?

- butelka antykolkowa - ponoć cyt. "ściema na maksa"

- puder do pupy - wiele opinii na nie, ponoć wystarcza sudokrem

- termometr do wody - z komentarzem mamy "ale głupia byłam wtedy".

- niedrapki - zależy od dziecka czy ogólnie nie ma potrzeby?

- podgrzewacz do pokarmu - to jak podgrzewać?

- pościel do łóżeczka - podobno śpiworki są lepsze (?), a pościel przydaje się najwcześniej u kilkumiesięcznego bobasa, poduszka u roczniaka i wyżej

- kaftaniki, koszulki ubierane przez głowę, niewygodne ciuszki zapinane z tyłu w roz. 56-62 np. jeansy, sukienki itp.  - wiele opinii, że body i pajace są lepsze

- butelki - chyba pod warunkiem, że karmi się piersią (ale jestem niedouczona...), ponoć przy karmieniu piersią jedna awaryjna się przydaje, w innym wypadku co najmniej trzy

- szczotka i grzebyk - gdy dziecko rodzi się nieowłosione za bardzo, kupić, gdy pojawi się ciemieniucha

- gruszka do odciągania kataru - lepsza frida

- wanienkowe gadżety - gąbkowe podkłady, plastikowe stelaże, krzesłka itp.

- kosmetyki - im mniej, tym lepiej (co jest niezbędne, sczególnie u dziecka urodzonego w kwietniu?), ponoć puder to wydatek bez sensu (dlaczego?)

- wkładki laktacyjne - sprzeczne opinie, kupić trzeba i zobaczyć, jak zareagują piersi na produkcję mleka

- poduszka-rogal do karmienia - i tak, i nie (jakie macie doświadczenia?)

- śliniaki (?) - sama nie wiem, można kupić tanie np. z IKEA i spróbować (?)

- mata edukacyjna - może warto pożyczyć od innych rodziców i zobaczyć, jak dziecko reaguje, wtedy kupić?

- smoczki - co sądzicie?

- baldachim nad łóżeczko - zabiera tlen, kurzy się




2. RZECZY NIEZBĘDNE (?) wg opinii rodziców rozsianych w internecie:


- łóżeczko - na co zwracać uwagę, czy najtańsze z IKEA sprawdza się?


- materacyk gryka-kokos - czy jakiś inny, czy kupować podkład na materac, skoro ten jest oddychający, a podkład to najczęściej cerata?

- prześcieradło na gumkę - ile sztuk?

- pojemniki plastikowe na łóżeczko (np. IKEA, są tanie, ale czy dobre?)

- pieluchy tetrowe (do karmienia, zamiast śliniaka, jakie jeszcze role?)

- wanienka (czy sprawdza się zwykła z IKEA?), czy konieczny jest stelaż?

- frida do nosa (wielki HIT!)

- nożyczki lub obcinaczki do paznokci (koniecznie?)

- wkładki laktacyjne (dla jednych mam konieczne, dla innych zbędny wydatek), paczkę chyba warto mieć na wszelki wypadek

- leżaczek-bujaczek - nie jestem przekonana do idei, ale może macie pozytywne doświadczenia?

- fotelik samochodowy dla małego dziecka

- wózek (kupić 2 lub 3 w1 czy głęboki, a potem myśleć???)

- karuzela na łóżeczko - nie podoba mi się, nie widzę sensu, ale... matki wypowiedzcie się, proszę

- porządna torba do wózka

- moskitiera na wózek i łóżeczko

- najtańszy laktator z apteki (nie wiem, nie znam się, pytam)



Co jeszcze do tych list?

I dalej nie wiemy...


Wczorajsza wizyta u lekarza miała dać szansę na poznanie płci dziecka. Niestety, pan doktor badał tylko tętno malucha, szyjkę macicy i tyle. Kolejne badanie USG, bardziej wyczerpujące, odbędzie się 26 listopada. Wtedy inna pani ginekolog przeprowadzi badanie połówkowe (genetyczne). Być może wtedy nasz wstydliwy maluszek pokaże, co ma między nogami ;)

Nie, żeby ciekawość nas zżerała, ale fajnie byłoby już wiedzieć, jak zwracać się do dziecka. Imiona są wybrane, więc od pierwszej sekundy moglibyśmy mówić mu per... Bruno, lub jej per... Karolina. Wybraliśmy je, ponieważ ładnie brzmią z nazwiskiem, co przyznała nawet moja mama, której imiona same w sobie nie do końca przypadły do gustu (prawda, mamuś? :P). 

Czekamy w takim razie na badanie. Cieszę się, że po wizycie lekarz był zadowolony (szyjka wydłużyła się - jak powiedział, zmienia się tak, jak i nasze ciało przez całą ciążę, najważniejsze, aby nie skracała się  regularnie). Jej długość w tej chwili to 39 mm, a długość zagrażająca jego zdaniem to poniżej 20 a nawet 15 milimetrów (najważniejsze to odpowiednio interpretować zmiany w przeciągu całej ciąży, i tym zajmuje się dobry lekarz).

Uwaga! Wczoraj poczułam pękanie bąbelków powietrza w brzuchu, czyżby to było to? Akurat gdy Daniel przyłożył głowę do brzucha, usłyszał, a ja poczułam, właśnie "to", pękanie bąbelków. Daniel jest pewny, że to już nie było przelewanie, a właśnie kopniaczek, którego nie czuł, a słyszał. Dziś drugie podejście przed snem :)


Spacer z dziadkami


Korzystając z pięknej pogody 11 listopada, wybraliśmy się na spacer nad nasze jezioro przed obiadem sami, a po obiedzie z moimi rodzicami Pierwszy spacer wnuka/wnuczki z obojgiem dziadków zaliczony!

Patrząc na zdjęcia, mam wrażenie, że ważę już straaaaasznie dużo, ale waga wcale na to nie wskazuje, więc zrzucam to na karb mojej niefotogeniczności ;)

Za dwa dni zaczynam 20 tydzień! Dziś wizyta u lekarza - być może dowiemy się, kto ukrywa się w brzuchu i na pewno położna zrobi mi wykład o wadze (choć naprawdę nie tyję zbyt szybko :P).

Pierwsze zdjęcie wykonane na naszej budowie (piwnica się muruje!).


Nad jeziorem były tłumy mieszkańców miasta. w tym także my :P Śledziliśmy wózki prowadzone przez dumnych rodziców i... z mojego zachwytu wózkami Mutsy zostało niewiele - gondole są małe, a Danielowi nie odpowiadają kółka (piankowe) oraz rama, która wygląda jakby się miała złamać. Cóż, jedno to design, który mi odpowiada, a drugie to wygoda dziecka. Pod tym kątem widzieliśmy kilka wózków x-lander - koła dmuchane, amortyzacja, wygodna spacerówka. Czasu jeszcze sporo, ale rozglądać już się można, prawda? ;)







Dumni rodzice:



Niemniej dumni dziadkowie i... pies ;)



Wizyta na IP


Hmmm... Wczoraj o 21 zawitaliśmy na położniczo-ginekologicznej Izbie Przyjęć. Cały dzień miałam bóle podbrzusza i pleców (kłująco-ciągnące), ale kiedy po całym dniu leżenia i przyjmowania no-spy, nie poprawiło się ani odrobinę, pozbierałam się i nakazałam zawieźć do szpitala. To był 18w 0d, przestraszyłam się, że ból nie ustępuje.

Spodziewałam się tłumów, złej obsługi i nieprzyjemnych doznań oraz wymówek, a tu... Zdziwiłam się, ale wszystko odbyło się miło i profesjonalnie.

Myślałam, że będę słuchać wymówek w stylu, po co pani przyjechała, takie bóle to standard w ciąży, a usłyszałam od położnej: "Dlaczego tak późno?". Bardzo miła pani doktor zbadała mnie na fotelu i zrobiła usg szyjki, pokazała dziecko, 25 minut szukała dowodu na pleć dziecko (serio!), wytłumaczyła, że nabawiłam się niestety "grzybka" standardowego w ciąży i stąd mogły pojawić się te bóle. Zaznaczyła, że dobrze, że się pojawiłam (SZOK!) i przepisała lekarstwa.

Co ciekawe, moja koleżanka nie była tak miło "obsłużona" w tej IP, ale ja mam kartę ciąży wystawioną przez jednego z lekarzy tam pracujących, więc... Potraktowano mnie jako swojego klienta, a jej nawet nie poinformowano, co jej dolega.

Cały strach o dziecko wyparował. Trwające 30 minut USG przemieniło się w bardzo miła rozmowę o ciąży, teściowej, rodzeństwie itp. itd.

Dzieciątko zdrowe, szyjka ma 34 mm (mój lekarz ma sprawdzić w dokumentach, czy się nie skróciła, ale wg pani doktor jest w porządku). Łożysko na ścianie przedniej (dlatego jeszcze mogę nie wyczuwać ruchów dziecka, ale "Czuje już pani przelewanie? Tak, to jeszcze tydzień" :).

Nie moglam uwierzyć, że ta młoda pai doktor, będąc na nocnym dyżurze, poświęciła mi całą godzinę na badanie usg, fotel i rozmowę z mężem. Uspokoiła nas, zaleciła odpoczynek, a przede wszystkim trzy razy dłuuuugo dała mi posłuchać serduszka, wskazała, które dźwięki to dziecko i szukała, szukała jak szalona płci. Kazała mi nawet kołysać brzuszkiem, ale dziecko "jakieś takieś" nieśmiałe.

Najważniejsze, że z nim wszystko dobrze, a ja też czuję się lepiej.


Kosmetyki Weleda



Dosyć długo szukałam informacji na temat kosmetyków dla dzieci.

Dróg jest kilka:
- normalne kosmetyki dostępne w każdej drogerii, ceny średnie
- kosmetyki ekologiczne, ciężko dostępne, drogie
- totalna natura, czyli oliwa z oliwek, nadmanganian potasu, masło shea i tp., dostępne, tanie (przeważnie)
- pomieszanie z poplątaniem - wszystkiego po trochu.

Nie jestem zwolennikiem trzymania się kurczowo jednej powziętej decyzji i dlatego ciężko mi stwierdzić, którą drogę ostatecznie wybierzemy dla naszego dziecka. Na tę chwilę, po przeczytaniu kilku artykułów ekologicznych rodziców, zapoznaniu się z opiniami na temat kosmetyków na bazie naturalnych składników, chciałabym je wypróbować i przekonać się, czy rzeczywiście są tak dobre, wydajne i łagodne. Z drugiej strony, jak w gąszczu specyfików wybrać te, które będą najlepsze? Z pomocą przyszło mi własne doświadczenie...

Kilka lat temu zajmowałam się trójką dzieci z holenderskiej rodziny. Odpowiadał mi model wychowania dzieci, system żywienia i... kosmetyki do pielęgnacji niemowlaków i większych dzieci. Tam zetknęłam się z produktami Weleda i po trzech miesiącach obserwacji, jak wpływają na skórę dzieci, jak zapach je uspokaja itp. przekonałam się, że warto ich spróbować. Problemem może być jedynie mała dostępność produktów w Polsce. Ciężko znaleźć sklep, choćby internetowy, który będzie miał wszystkie produkty w asortymencie. Oczywiście według opinii rodziców stosujących te kosmetyki, okazuje się, że potrzebnych będzie tylko kilka z nich.

Zalety:
- wydajność (np. mała tubka kremu starcza na 4-5 miesięcy, ponieważ aby wysmarować buźkę dziecka, starcza ilość wielkości ziarnka grochu),
- zapach (daleki od chemicznego, niektórych drażni, warto sprawdzić, działa uspokajająco na dziecko)
- naturalne składniki (bez parabenów i innych szkodliwych)

Wady:
- trudno dostępne w Polsce
- wyższa cena niż standardowe kosmetyki (ale większa wydajność z tej samej ilości)

1. KOSMETYKI POTRZEBNE wg. rodziców stosujących te produkty (ich opinie pod nazwami):

* Nagietkowy Szampon i Żel do mycia ciała (Calendula Shampoon & BodyWash) 200 ml ok. 35 zł
lekko się pieni i łatwo rozprowadza na skórze (co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku ekologicznych kosmetyków). Z jednej tubki korzystamy już prawie cztery miesiące a jeszcze trochę nam zostało zatem z czystym sumieniem napisze że jest wydajny.

* Weleda Baby olejek do masażu na kolki (Baby bauchleinol) 50 ml ok. 42 zł

* Krem z nagietkiem dla dzieci (Calendula Baby Cream) 75 ml ok. 20 zł
idealny do pupy, brak odparzeń

* Balsam z nagietkiem na wiatr i niepogodę (Calendula Wind- und WetterBalsam) 30 ml ok. 20 zł
Cudownie pachnie, jest gęsty i bardzo wydajny, także biorąc pod uwagę ile się go zużywa nie można nawet powiedzieć że jest drogi. Kosmetyk ma postać żółtego żelu, nakłada się go tyle co ziarenko grochu i to wystarczy na całą buzię i rączki, jednym pociągnięciem rozsmarowuje się, początkowo tworzy tłustą, świecącą warstwę ale po chwili wchłania się w skórę i go nie widać ? a chroni przed mrozem, wiatrem i to skutecznie

2. POZOSTAŁE KOSMETYKI Weleda:

* Krem z nagietkiem do twarzy dla dzieci i niemowląt (Calendua Gesichtsrem) 50 ml ok. 23 zł
Konsystencja kremu jest dość gęsta i mało tłusta, ale mimo to łatwo się rozprowadza na skórze, niewielką ilość można łatwo rozsmarować, nie klei się, wsiąka natychmiast, nie zostawia po sobie śladu. Cena tego kremu jest taka średnia, ale biorąc pod uwagę jego wydajność i to, że kupujemy kremik dla całej rodziny myślę, że warto, poza tym to krem naturalny, nie podrażni skóry, wolny od chemii.

* Nagietkowy Kremowy Płyn do Kąpieli (Calendula Cream Bath) 200 ml ok. 37 zł
niskobudżetowi rodzice mogą spokojnie ograniczyć się do zakupu tylko tego kosmetyku, ze względu na jego rewelacyjne działanie, uspokaja i wycisza dziecko

* Nagietkowy Olejek (Calendula Oil) - niekoniecznie 200 ml ok. 49 zł
w codziennej pielęgnacji nie jest on niezbędny, jednak świetnie sprawdza się do pielęgnacji ciemieniuchy u noworodków, może być również używany na wszelkie otarcia skóry (nagietek odkaża), a także do relaksacyjnego masażu niemowląt. (Używamy go jako oliwki do ciała po kąpieli.
Ma bardzo korzystny wpływ na skórę. Wyraźnie nawilża i pielęgnuje skórę. Usuwa także wszelkie podrażnienia w okolicach pupy dziecka. Cena jest dość wysoka, ale na zachętę dodam, że produkt jest bardzo wydajny, zużywa się go znacznie mniej niż tradycyjnej oliwki i komfort używania jest znacznie większy, gdyż nie zatłuszczamy wszystkiego dookoła rękami).



Czy ktoś ma doświadczenia z innymi kosmetykami naturalnymi? Może znacie jakieś tańsze, polskie produkty?

Tekst alternatywny